Salon

avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 31 lat
Jestem : za Sabatem
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : wytwórca myślodsiewni

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Salon   Pon Sty 05, 2015 12:00 am

Salon
Duży, jasny, przestronny. Okna wychodzą na podwórze i właściwie nigdy nie są przesłonięte zasłonami. Naprzeciwko drzwi znajduje się kominek, przed kominkiem dwa fotele i stolik. Reszta pomieszczenia to szafy, sztuk trzy, wszystkie zamknięte na cztery spusty. I schody prowadzące na dół do sklepu.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Oslo, Norwegia
Wiek : 21 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : nieznana
Status majątkowy : bogaty
Zawód : Bono

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Pon Sty 05, 2015 1:19 am

Hala nie było kiedy wróciłem, nie wiedziałem, czy nie było go akurat w domu, czy nie było go dla mnie, ale wydawało mi się to z jednej strony niedorzeczne, że nie było go dla mnie, przecież on powinien być gdzieś w pobliżu, kiedy tego chcę, ja bym dla niego był, gdziekolwiek by chciał, kiedykolwiek, wtedy, teraz, na zawsze, bez przerwy, bliżej, chłonąłbym wszystko co z nim związane, nie pozwalając najmniejszym nawet oparom uciec. Dla niego zrezygnowałem z wielu moich żyć. Nigdy dla nikogo nie rezygnowałem, dla niego przecież chodziłbym ciągle w swojej skórze, po ulicy, gdyby tylko mnie poprosił, gdyby tylko szepnął mi Bono, wyrób sobie dowód tożsamości, który nie jest fałszywy, poszedłbym do tego urzędu, poszedłbym wszędzie, gdzie mi każe. Musiałbym bardzo grzebać w sobie, czego nie robię, czego nie robię nigdy, tylko dla niego zrobiłem wyjątek, wyjmując swoje wspomnienia. Tyle danych, których nie znam musiałbym podać ludziom w urzędzie, musiałbym zacząć istnieć, przestać być niewidzialnym, a tyle lat właśnie tak żyłem. Tylko ile? Ile Hal, ja tego nie wiem. To mnie przerosło chyba ta świadomość, że tak wiele poświęcam dla ciebie jak nigdy dla nikogo, tak wiele z siebie, przecież byłby w stanie oddać sporo z żyć moich (dziewcząt) aniżeli ze swojego mojego, z tej skóry w której się urodziłem, nie wiem kiedy, ani nie wiem gdzie.
Chciałem, żebyś mnie rozerwał na strzępy, żebyś przestudiował dokładnie, każdy kawałek mnie połknęł i w sobie zachował. Dlatego podjąłem decyzję, że muszę się dowiedzieć dla ciebie. Muszę wiedzieć. Wróciłem do domu, do swojego mieszkania, nie do tej willi po mężu, znalazłem mapę, nawet nie wiedząc, czy jest aktualna, nie obchodziło mnie to, dla mnie czas zawsze płynął inaczej, dopiero kiedy wyruszyłem w podróż przyszło mi do głowy, że mogę wylądować zupełnie gdzie indziej, ale to nic nie znaczy, ja się koczownikiem urodziłem, mój drogi, ja wiele potrafię przetrwać, jestem bardzo uzdolniony, wiesz o tym. Jeszcze więcej mogę zrobić dla kogoś takiego jak ty. Ale nie ty zwykły, nie Hal, którego znają wszyscy. Tylko Hal dla mnie. Mój prywatny, mój, mój, mój, mój.
Nie wiem ile czasu minęło odkąd opuściłem Skandynawię. Mogło minąć siedem lat, równie dobrze mógł to być tydzień. Używam tych zwrotów, chociaż nie znam ich znaczenia. Ludzie tak mówią, zawsze mówili. Godzina, minuta, dzień, pół roku, wiek. Nie potrafię ich rozróżnić, nie potrafię prawidłowo użyć w zdaniach. Zawróciłem jednak kiedy tylko usłyszałem, że otworzyłeś swój sklep. A może tylko mi się zdawało, że zawróciłem od razu? Może minęły kolejne lata, zanim zdecydowałem się wrócić do Skandynawii? Nie wiem. Nie wiem, chcę wiedzieć i nie chcę. Hal, obejmij mnie, powiedz, że to wcale nie długo, ale jeśli chcesz, ja wrócę znów, żeby odnaleźć to, czego szukałem. Nie mam pojęcia ile czasu minęło, odkąd opuściłem cyrk, ale nie odnalazłem go tam, gdzie był, kiedy uciekałem. Ludziom może się wydawać idiotyczne, że szukałem go tam właśnie, przecież byłem o wiele młodszy, w czasach, gdy cyrk miał tam swój postój, dlaczego miałby się tam wciąż znajdować? Dlatego, że dla mnie równie dobrze od tamtych wydarzeń mógł minąć dzień.
Potrzebuję twojego zapachu Hal, chcę otoczony nim wydać ostatnie tchnienie.
Dzwoneczek odzywa się gdy tylko wchodzę do sklepiku. Zamykam za sobą drzwi, ściągam kapelusz i stoję. Nie wiem, czy gorąco mi przez płaszcz czy przez to, że zaraz cię zobaczę. Zobaczę.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 31 lat
Jestem : za Sabatem
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : wytwórca myślodsiewni

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Pon Sty 05, 2015 12:31 pm

Wibrujący dźwięk dzwoneczka, obwieszczający kolejnego klienta, przerywa mi liczenie żałośnie spływających po szybie płatków śniegu. Nie spieszę się. Skoroś tu przyszedł to poczekasz, bo tu czeka się na mnie. Tu ja dyktuję warunki. Tu ja jestem tym, czego szukasz, więc pokaż, że ci zależy. Postój chwilę albo dwie, uważnie przypatrz się mojemu dziełu, chłoń je i zastanawiaj się, którą trumnę dla siebie wybierasz. Nie muszę ci nawet doradzać, sam ją sobie znajdziesz, sama cię wybierze. Trochę jak różdżka. Jedna właściwa na całe życie. Zatem? Już się namyśliłeś? Już mogę służyć ci swoją pomocą? Tylko nie pytaj, czy jestem gotowy – nigdy nie jestem. To zbyt ekscytujące, by dawać sobie jeszcze czas na jakiekolwiek przygotowywania. Wyłaniam się więc z zaplecza, cicho, powoli. Wyobrażam sobie, że wygląda to tak, jak na tych wszystkich migoczących obrazach uwielbianych przez mugoli. W jednej chwili mnie nie ma, by w następnej choć trochę cię przerazić. Tylko że teraz to ja czuję, jak krew zastyga mi w żyłach, wszystko staje się tak nieznośnie ciężkie, tak oślepiająco ciemne. Nie wiem gdzie jestem, czy w ogóle jeszcze jestem. Może w ten sposób wygląda śmierć? Wiesz, Arthur, nie miałbym nic przeciwko, gdyby tak było. Ale zniknąłeś. Zniknąłeś w momencie, w którym udało mi się w końcu zaakceptować twoją dziwną obecność. Czekałem. Dzień. Dwa. Tydzień. Po miesiącu przestałem. Nie mogłem tkwić w jednym miejscu tak długo. To nie brak cierpliwości, jestem wszak cierpliwy aż do przesady, dobrze o tym wiesz.
To chęć zapomnienia kazała mi przestać oczekiwania na twój powrót. To stłamszona duma. Po tych wszystkich pięknych słowach, po obietnicach niewypowiedzianych, ty postanowiłeś odejść bez słowa i potraktować mnie jak jedną ze swoich zabawek. Może zawsze nią byłem? Nie wiem. Przy tobie, Arthurze, przestawałem wiedzieć cokolwiek, zaczynałeś być tylko ty. A potem była ciemność i spadanie. Jakby nagle ktoś usunął mi spod stóp studzienkowy właz, na którym akurat stałem. Nieprzyjemne uczucie, którego życzę ci z całego serca.
Nie podchodzę do ciebie. Staję za kontuarem i czekam, ponieważ nie wiem, czego chcesz i po co tu jesteś. Jesteś mi dzisiaj niespodzianką, a ja niespodzianek nie lubię, bo te nigdy nie przynoszą niczego dobrego. Zwykle są rozczarowaniem. Więc, proszę, wyjdź – nie chcę, byś był dla mnie rozczarowaniem. Możesz być mi wszystkim: smutkiem, rozkoszą, gniewem, bólem, pasją, ale nie pozwalam ci być rozczarowaniem. Nie pozwalam ci mnie zawieść, po prostu znowu zniknij jak zrobiłeś to tyle miesięcy temu. Zniknij jakbyś był fatamorganą. Nie odzywaj się do mnie, nie patrz w ten sposób, jakby nic się nie stało; jakbyś tęsknił. Odejdź, odejdź, odejdź. Daj mojej krwi znów swobodnie krążyć w krwiobiegu. Daj zaczerpnąć oddechu. Daj uspokoić myśli.
M y ś l i.
Rozwiązanie mam na wyciągnięcie ręki. Zaciskam palce na jednym z pustych flakoników pod ladą. Powinien być chłodny, lecz czuję jak pali mi skórę. Czy kiedy go puszczę, dłoń będę miał poparzoną? To nieistotne. Przykładam koniec różdżki do skroni, by wyrwać z głowy grube, srebrzyste pasmo myśli. Patrz, Arthurze, ile miejsca we mnie zajmowałeś. Jak długo pozwalałem ci dewastować mnie. A teraz zamykam cię w szklanej fiolce, która nieopisana znajdzie się pośród setek tysięcy jej podobnych. Tylko że jaśniej będzie lśniła od wszystkich innych.
Patrz coś ty mi najlepszego zrobił.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Oslo, Norwegia
Wiek : 21 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : nieznana
Status majątkowy : bogaty
Zawód : Bono

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Pon Sty 05, 2015 1:57 pm

- Nie rób tego.
Nie rób tego, Hal, jestem zdecydowany, nie proszę cię, nie błagam, chociaż w środku tak jest, nie usłyszysz tego w moim głosie, ale poczujesz, że nie powinieneś pozbywać się mnie w taki sposób. Myślisz, że nie wiem, że to ja? Wiem. Inaczej usunąłbyś mnie z głowy już wtedy, dawno. Kiedy? Kiedy właściwie Arthur? Po to tu jesteś? Żeby stać i patrzeć na niego? Przecież wiedziałeś, wiedziałeś co się stanie, nie mogło być tak łatwo, obojętnie ile razy życzyłeś sobie, żeby po prostu cię przyjął, to tak  n i e  działa dla ludzi, których nie omija czas.
Nie pozwolę ci na to Hal. Widzisz, przez cały czas grałem rolę wiodącą, tak sobie mówiłem, przychodziłem kiedy chciałem, wychodziłem, kiedy uznałem, że na dziś koniec. Wyjechałem, kiedy ciebie nie było, byś mógł znowu być moją widownią. Ale miałem cel Hal, inny, niż zawsze, chciałem wrócić, oh nie masz pojęcia, jak bardzo chciałem. Nie mogę się ruszyć, po raz pierwszy w życiu paraliżuje mnie strach, to okropne uczucie, jak radzą sobie z tym ludzie? Boję się Hal, panicznie, że mnie odrzucisz, po tym wszystkim, co się zdarzyło, lub zdarzyć miało i po tym, o czym nie wiesz, ale możesz za to właśnie mnie nie chcieć. Ty jesteś chłopcem z dobrego domu Hal, kim ja jestem. Może znasz mnie trochę, trochę ale nie znasz odpowiedzi na to pytanie. I wierz mi, ja wiem niewiele więcej. To mnie niszczy Hal, nigdy się nikomu nie spowiadałem, tobie chciałbym. Chciałbym, żebyś wiedział wszystko, mógł to przeanalizować, powiedzieć mi kim jestem, poskładać moje chaotyczne myśli, posegregować je na swoich półkach, nauczyć mnie siebie, nauczyć mnie czasu. Od tej pory będę liczył tylko ten spędzony z tobą.
Od teraz, na zawsze.
Zamykam sklepowe drzwi, żeby nikt nam nie przeszkodził, zasłaniam okna, machnięciem różdżki odsuwam wszystko, co mogłoby mi przeszkadzać. Potrzebuję przestrzeni, nie musi być ogromna, moje wspomnienia zajmują więcej, niż mój dobytek. Mam tutaj walizkę, spójrz, chociaż nie musisz, w środku jest, co powinieneś zobaczyć. Przechodzę przez sklepik, kładę ją na blacie. Ale najpierw płaszcz, przecież się w nim ugotuję. Ściągam go i rzucam niedbale gdzieś za ladę, podwijam rękawy koszuli, poprawiam jedną szelkę, denerwuję się. Nigdy się nie stresowałem. Nigdy.
W walizce na pierwszy rzut oka nie ma niczego interesującego. Papiery, zdjęcia, fiolki. Ale to całe moje życie. Odsuwam się od lady, wyciągam dłoń, cała zawartość kuferka zaczyna wirować, rozwieszam mapy na ścianach, jedna na drugiej, niektóre są stare, inne niedokładne, każda z nich jest zapisana, każda ma granice poprawiane tuszem, kraje są wycięte, odwrócone, przyklejone w miejscu, gdzie nie powinno ich być, ja o tym nie wiem, Hal, nie wiem, jak wygląda świat, gubię się w tym. Nie tak, jak w czasie, ale świat wypracowałem swój własny. Wszystkie wolne ściany pokryte są teraz upodlonymi mapami, prezentując świat, który nieistnieje. Widzisz to ręczne pismo? To moje.
Na mapach zaznaczone są miasta, do miast wirują zdjęcia i wycinki z gazet. To zdjęcia moich skór Hal, moich dziewczynek. Każda jest inna. Jedne uśmiechają się obiektywu, zasłaniają nieśmiało usta, inne piją kawę czytając książkę, zamyślone. Jest ich tutaj tyle, niemalże czuję, jak robi się tłoczno od ich ruchomych sylwetek. Wycinki z gazet to artykuły. O ich zaginięciu. O ich śmierci. Znowu zdjęcia. Zrozpaczeni rodzice. Mężowie. Portrety dziewczynek, na wypadek, gdyby ktoś je rozpoznał. Uwielbiałem te artykuły. Pod każdym ze zdjęć jest taka sama notatka.
Czas ???? - ????. Nigdy nie wiedziałem, mimo to próbowałem notować, data w gazetach nic mi nie mówiła, skoro nie potrafię nawet dopasować do siebie poszczególnych miesięcy. Przy zdjęciach lewitują fiolki. Każda z nich ma inny blask. Dlatego, że zawartość każdej jest inna, unikatowa. To ich głosy. A tam, obok? To pukle ich włosów. Niektórych nie mam, jak widzisz, przy innych są całe warkocze. Są też zegarki. Z rozbitymi szybkami. Nie działają. Zatrzymały się w momencie ich śmierci. Nie potrafiłem ich obsługiwać, ale jeśli któraś z nich miała przy sobie zegarek, zatrzymywałem jej czas, niszczyłem go. Wieszając obok zdjęcia. Rozwieszenie wszystkiego zajmuje mi prawie minutę, ale kiedy widzę wszystko tutaj, rozumiem, że odbije się to na mnie bardziej niż sądziłem. Znowu jestem sparaliżowany, obserwując całe moje życie, może dla ciebie nie jest to do końca jasne, Hal, potrzebujesz moich wspomnień, żeby zrozumieć każdy punkt na mapie, ale nie wiem, czy tego chcesz, tego obawiam się najbardziej. Że mnie wyrzucisz z tym wszystkim. Wrócę do domu, składając te mapy zupełnie inaczej. Zawsze są inaczej ułożone. Czuję, że oddycham przez usta, spójrz Hal, patrz na mnie, co mi zrobiłeś. Nigdy taki nie byłem, nie wiem, nie wiem ile mam lat, ale pamiętam każdy okres w życiu, uwierz mi, w żadnym momencie nie zachowywałem się w ten sposób, jakbym płonął i zamarzał jednocześnie, uwolnij mnie od tego, to mnie niszczy Hal. Ty mnie niszczysz. Nienawidzę i  k o c h a m, nie wiem co to znaczy, czytałem o tym w sztukach, potrafiłem to naśladować, perfekcyjnie, ale zawsze wiedziałem, zawsze, że to gra. Teraz wiem, że nie oszukam samego siebie, że to tylko rola, to mnie doprowadza do szału, mam ochotę rozbić wszystkie fiolki z moimi głosami, ale wiem, co się wtedy stanie. Jedną raz zbiłem. Mówiła do mnie. Straszne rzeczy Hal, naprawdę straszne. A ciebie nie było obok.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 31 lat
Jestem : za Sabatem
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : wytwórca myślodsiewni

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Pon Sty 05, 2015 3:24 pm

Trzy słowa, które były jak zaklęcie. A może to aż twój głos? Na pewno nie tylko – nigdy nie umniejszałem twojej wagi, Arthurze. Nigdy nie byłeś tylko, zawsze aż. Więc może to on, a nie jedynie kilka głosek, które równie dobrze mogłoby być wszystkim i niczym? Tak dawno cię nie słyszałem. Tak dawno twoje słowa nie wwiercały mi się w umysł, nie krępowały ruchów, tak dawno nie zamieniały mnie w posąg, który czekałby na zdjęcie przez ciebie tego czaru. I znów zacząłem czekać, nieruchomy, nie drgnąwszy nawet na chwilę, w nadziei, że zaraz tu do mnie podejdziesz, opuszkami muśniesz skórę, wyrwiesz różdżkę, zbijesz fiolkę. Ale nic takiego się nie stało.
Miast tego zacząłeś hałasować i zamykać nas w ciemnej, nieprzytulnej klatce pełnej myślodsiewni tylko czekających na wypełnienie ich wspomnieniami. Zacząłeś tworzyć własny świat albo pokazywałeś mi ten, w którym od zawsze żyjesz, a do którego tak rzadko miałem wstęp. Wszystko w jednej chwili zaczęło wirować w szalonym tańcu, a ja nie wiem, na czym mam skupić spojrzenie, nie wiem, czy jeszcze jestem u siebie, czy przeniosłeś nas w mityczną krainę; gdzieś, gdzie nie ma wymiarów albo jest ich nieskończenie wiele. Nie rób tego brzęczy mi w głowie jak chmara szerszeni. Nie robię, już nie robię. Przecież cię słyszę! Nie robię, nie zrobię ci tego nigdy. Ze wszystkich skarbów jesteś moim najcenniejszym. Srebrne nitki do tej pory wiszące w próżni między moją jaźnią, a różdżką wracają na swoje miejsce i w końcu opuszczam rękę. Waży chyba tonę albo jest lekka jak piórko, nie potrafię ocenić. Wiem tylko, że chcę by to wszystko się skończyło – to kołatanie w sercu, w uszach, w myślach, w sklepie.
Ale ty nie przestajesz. Zalewasz mnie wciąż i wciąż niesłabnącą na sile feerią czarno-białych barw, aż mieni mi się od nich w oczach i wszystko zlewa w jedno i zamiast fotografii zaginionych dziewcząt widzę ciebie. W każdym obrazie, w każdym skrawku papieru, w każdej papierowej rzece, w każdej plamce mapy, aż ochotę mam rzucić się do przodu i wszystko to pozrywać, zgnieść, wyrzucić, spalić. Każdy ocalały pukiel, każdą fiolkę, każdy fragment twojego życia. Nie wiem, po co mi to pokazałeś. Nie rozumiem, czego ode mnie w związku z tym oczekujesz. Nie wiem, dlaczego to robisz i dlaczego z tym do mnie przyszedłeś. Dlaczego w ogóle sobie o mnie przypomniałeś? Mógłbym wszystkie te odpowiedzi teraz z ciebie wydobyć, kawałek po kawałku, gwałtownie i boleśnie, ale ja nie zrywam przyrzeczeń raz złożonych. Nigdy bez twojej zgody nie wtargnę po chaos twoich myśli. W tym przypadku niewiedza jest błogosławieństwem, wiesz? Nie obchodzi mnie nic. Nie chcę znać twojej przeszłości, nie chcę dzielić z tobą twoich obaw, lęków, paranoi. Nie znam cię, Arthurze i nie poznam nigdy, bo trzymasz nieporządek w swoim życiu. Patrz tylko na to, co mi chcesz pokazać. Spójrz. To jest nic. To jest wszystko. I żadnego wspólnego punktu. Nawet ciebie, bo jesteś tym wszystkim. Chaosem nieogarniętym. Alfą i Omegą. Początkiem i Końcem. Środkiem wszechświata i samym wszechświatem. A ja przy tobie czuję się jak mrówka, chociaż jeszcze kilka chwil wcześniej, jeszcze przed dźwiękiem dzwoneczka zwiastującego koniec świata byłem tu panem. Byłem Zegarmistrzem – to ja decydowałem o początku i końcu. A teraz… Teraz czasu już nie ma i nie wiem, czy ja jeszcze jestem.
- Zrobiłeś mi ze sklepu burdel, Arthurze – mówię spokojnie, wcale na ciebie nie patrząc. Wzrok utkwił mi na jednej z fotografii. Drobna, piegowata brunetka o wielkich, pełnych życia oczach. Gdzie teraz jest? Czy już o niej zapomniano? Czy kogokolwiek miała? A reszta tych… Dzieci?
Słyszę, jak oddychasz; słyszę, jak się denerwujesz, jednak nie jestem w stanie ruszyć się z miejsca, by zamknąć ci usta, byś nie doprowadzał mnie do obłędu całym sobą jeszcze bardziej.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Oslo, Norwegia
Wiek : 21 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : nieznana
Status majątkowy : bogaty
Zawód : Bono

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Pon Sty 05, 2015 7:18 pm

Czuję, jak wypływają mi gałki. Roztapiają się. Parują. Jednocześnie moje usta są tak suche, zaczynają pękać, czuję, jak krew spływa mi po podbródku, skóra zapada się, zostają same kości, same kości Hal, nagie, kruche, bo wcale nie jestem w środku taki mocny, czuję, jak  wszystko we mnie pęka, boli mnie samo utrzymywanie prostej postawy, jestem tak niestabilny, gdy się przyjrzysz, wszystko jest połamane, wystarczy podmuch i rozpadnę się, trzymam się ledwo jak wieża z drewnianych patyczków. Jesteś podmuchem Hal, złośliwym i nieprzypadkowym, wszystko to jest zaplanowane, wszystko zostało przewidziane. Raz stłukłem jedną fiolkę. Obiecała mi, że kiedyś czas przyjdzie i na mnie. Zaniepokoiłem się wtedy na sekundę ale co może wiedzieć głos kogoś, kto nie żyje już od lat. Ale jej głos chodził za mną ciągle, chociaż go od siebie odsuwałem, widmo jej słów wisiało nade mną jak burzowa chmura.
Teraz twoje słowa doszły do kolekcji. Poraziły mnie jak piorun z tej burzowej chmury, spójrz, jak moje ręce drżą, gapię się na swoje buty, nie potrafię podnieść głowy, kruszę się, jeśli za chwilę czegoś nie zrobię, to upadnę, wiem to. A nie mogę sobie pozwolić, żeby upaść tu przed tobą. Nie jestem śmieciem, powtarzam to sobie całe życie, nigdy nie chciałem pozwolić, żeby to, skąd pochodzę miało negatywne znaczenie. Zrobiłem z brudnego cyrku mój znak firmowy. Wszystkie te pióra i namioty ozdobiłem srebrem, złoto wydawało mi się wtedy zbyt kiczowate, a moje srebro w odpowiednim świetle wydawało się białe. Wiesz Hal, biel, jest najpiękniejszą z barw. Myślisz, że błękit jest? Myślisz tak, bo ci powiedziałem? Bo sobie zażyczyłem? Kłamałem.
Halbjorn, wiesz, jakim jestem człowiekiem, wiesz, że potrafię wybuchać, choć przez większość czasu jestem oazą spokoju. Dlaczego mnie prowokujesz, dlaczego mnie niszczysz, kiedy ja tyle dla ciebie chciałem, dla ciebie. Dla nas
- Burdel? - Nie mogę tego znieść, wiesz, jesteś takim czystym chłopcem, tak ładnie uczesanym, takim nienaruszonym, wszystko masz poukładane, wszystko ma swoją wartość, to doprowadza mnie do szału, wiesz, jak się różnimy? Z mojego kranu płynie żółtawobrunatna woda.
Pękam zupełnie, tak, jak się spodziewałem, ale myślałem, ale postanowiłem wybuchnąć. Czasami nad sobą nie panuję, kiedy przeglądam w myślach to, co się stało, jestem spokojny, ale nie teraz. To wszystko dzieje się bardzo szybko, masz taką miękką szyję, mam ochotę ją zmiażdżyć, więc miażdżę. Jak kukłę, złapaną na kark dobijam cię do ściany, nic mnie nie obchodzi, nie ważne jak bardzo będziesz obolały, ile siniaków zyskasz na swojej nieskazitelnej skórze przeze mnie, przez moje palce. Chciałbym, żeby to były głębokofioletowe siniaki, taki, które utrzymują się długo, takie, które bardzo bolą, chciałbym, żebyś przez poczuł się jak więzień burdelu.
- Ten burdel, to moje życie. - Szepczę gorączkowo, mam do ciebie żal, ogromny. Wybrałeś złe słowo. Najgorsze z możliwych, Halbjorn. Cokolwiek innego. Cokolwiek innego. Ale zamiast tego wybrałeś burdel.
- Przyniosłem ci moje życie, Hal, miałeś tyle opcji, tyle opcji… - Wiesz, jak cię w tym momencie nienawidzę? Wiesz na pewno, po pierwsze to słyszysz, po drugie cię duszę, każdy by zauważył, że coś jest nie tak. Wyciągam rękę w stronę pomieszczenia, spójrz, wystraszyłeś moje dziewczęta, każda z nich stoi teraz przestraszona przy brzegu zdjęcia, biedna, zdezorientowane, zagubione dziewczęta. Brak mi tchu, czuję, że zaraz zacznę wrzeszczeć, a tego nie lubię, nie tutaj, nie przy tobie, ale nie mogę się opanować, kiedy w końcu się odsuwam, zabierając dłoń, łapię twoje spojrzenie, coś znowu we mnie pęka, ale nie, staram się. Opieram ręce na ladzie, muszę uspokoić oddech, muszę uspokoić siebie, bo jeśli nie, przysięgam, zabiję nas. Chociaż nie mogę. My chyba już umarliśmy.
Spokojnie, Arthur. To pierwsza i ostatnia tego typu sytuacja w twoim życiu. Doprowadź ją do końca.
- Pojechałem. Dla ciebie. Do. Pierdolonych. Chin. Żeby zrozumieć czas. - To chyba najgorsze, odwracam się, ręcę mam przy sobie.
- Rozumiesz kurwa, żeby zrozumieć CZAS. Czas, Halbjorn, czas. - Ja tak nie mogę, Hal, nie mogę tak żyć. Ukrywam twarz w dłoniach, żeby uspokoić oddech, liczę w myślach. Moje liczenie polega na spokojnym wymienianiu imion moich dziewczynek. Kiedy docieram do połowy, odejmuję dłonie od twarzy, nie chcę niczego słyszeć, nie chcę już widzieć niczego więcej, co jest z tobą związane, zabieram mój płaszcz i wychodzę. Dzwoneczek irytuje mnie, gdy otwieram i zamykam drzwi. Nie zabrałem moich rzeczy, bo jak mówiłem, to moje życie. A te ci oddałem. Zrób z tym co chcesz. Przecież to tylko burdel.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 31 lat
Jestem : za Sabatem
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : wytwórca myślodsiewni

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Sro Sty 07, 2015 5:54 pm

Nie było cię tak długo. Zniknąłeś mi z oczu bez śladu. Tak nagle. Zabrałeś ze sobą wszystko, co potrzebne było mi do życia. Zabrałeś ze sobą cały mój świat. Bo, wiesz, na jakiś czas przed twoim zniknięciem uczyniłem cię całym moim światem. Nie mówiłem ci tego. Wtedy niepotrzebne były nam słowa. Wtedy wystarczyło jedno spojrzenie. Wystarczył drobny gest. Wystarczyła sama obecność. Ale coś poszło nie tak. Coś musiało już wówczas zgrzytać, bo inaczej nie odszedłbyś bez uprzedzenia, bez pożegnania. Prawda? Nie dałbyś mi martwić się o ciebie przez tyle godzin, tyle dni, tygodni, miesięcy. Nie dałbyś mi pozwolić myśleć, że jesteś martwy. Że martwy jesteś dla mnie od stu pięćdziesięciu ośmiu dni. Byłeś. To długo. Każdy ten dzień liczyłem, każdy jest tutaj, w tym pomieszczeniu. Każdy nazwany twoim imieniem. Arthur, Arthur, Arthur. Spójrz tylko na nie, otaczają nas – takie smutne, kamienne, zimne. Ciche. One nie mówią nic, nie wyglądają na spłoszone, nie chowają się poza kadr, bo nikt ich na fotografiach nie uwiecznił. Stoją tu tylko i przyglądają się nam; tej komicznej scenie, bo nie powiesz, że to nie zabawne. Pomyślałbyś kiedyś, że do tego dojdzie? Że gesty przeszkodzą nam w rozumieniu siebie? Że słowa pogrążą nas jeszcze bardziej? Spójrz na nas, Arthurze, w jednej chwili przegraliśmy siebie. To najgorszy żart w jakim przyszło mi uczestniczyć, a mimo to, gdybym mógł, śmiałbym ci się teraz w twarz. Ale nie mogę, bo więzisz mój głos w klatce ze swoich pięknych dłoni. Czekałem na nie, odkąd cię tu zobaczyłem. Wołałem je bezgłośnie, sam nawet o tym nie wiedząc. I w końcu się ich doczekałem, chociaż zrobiły mi niespodziankę taką, jak cały ty.
Więc nie mogę się śmiać. Nie mogę się śmiać, bo krzyczysz, Odynie, jak bardzo krzyczysz. Albo tylko w mojej głowie tak donośnie brzmią twoje słowa. Nie potrafię się na nich skupić, przestają mnie bawić. W jednej chwili wszystko przestaje mnie bawić. Ty, twoje życie, twój burdel, twoje zmartwychwstanie. Przestaje bawić mnie ten sklep, każda z myślodsiewni będąca twoim pośmiertnym kalendarzem, śnieg za oknem, hałasy na ulicy, żałosne zawodzenie kotów w salonie. Wszystko, wszystko przestaje mieć znaczenie. Każda chwila, każda nanosekunda – wszystko to przestaje istnieć w jednym momencie, jakby nie było tego nigdy. Jakby świat właśnie się rozpadł. Czy to tak zaplanowałeś jego koniec? Odpowiedz mi. Albo nie mów. Jeśli to jest koniec świata, to najpiękniejsza chwila, jaką kiedykolwiek mogłem oglądać, w jakiej kiedykolwiek mogłem uczestniczyć; jaką kiedykolwiek mogłeś mi dać. Teraz nie potrzebuję już niczego więcej.
Ale to jesteś ty, Bono. Ty nigdy nie dajesz szczęścia. Jesteś fatalnym omenem. Bo kiedy już gotów jestem wyzionąć ducha, ty brutalnie dajesz mi życie. Gdybym miał siłę, zabiłbym cię za to. Ale drugi raz zabrałeś mi wszystko. Drugi raz zostawiasz mnie z niczym. Z mętlikiem w głowie. Ze swoim życiem. Wielkim, niekończącym się chaosem myśli i wspomnień. Czymś tak bardzo nie do ogarnięcia. Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, coś mi właśnie zrobił. A może zdajesz? Jak to z tobą jest?
Podnoszę na ciebie przekrwione oczy, ale ty stoisz do mnie tyłem i wcale nie chcesz odpowiadać. Skończyły się rozmowy, skończyły się pertraktacje. Jest tylko twoja uzasadniona złość. Czas, czas, czas. Czas, Halbjorn, czas. Ale dla nas już nie ma czasu. Dla nas czasu nigdy nie było. Czas nas nie obowiązywał. D o   c z a s u.
Odprowadzam cię wzrokiem. Znowu mi znikasz. Znowu odchodzisz, tym razem jednak zostawiając kawałek siebie. Ten gorszy, bo nienamacalny. Ten gorszy, bo jedyne, co mogę z nim zrobić, to pochować go w pudełka. Przecież nie będę na to wszystko patrzył, chociaż powinienem. Powinienem cię zrozumieć. Poskładać w całość. Ułożyć kawałek po kawałku i skleić. Zakonserwować, zamarynować, zasypać. Dałeś mi to i dałeś mi powód, ale nie potrafię z tym nic zrobić. Nie potrafię się ruszyć, osuwam się tylko bardziej i bardziej. I chyba chciałbym zniknąć. Rozpłynąć bym się chciał. Zmienić w pył i osiąść na każdej z fotografii, na każdym wycinku z gazety, na fiolkach, na kufrze, na resztkach twojego oddechu, na twoim znikającym cieniu.
To ja chciałbym nauczyć cię czasu.
Podnoszę się niezdarnie. Boli mnie wszystko, każdy milimetr skóry, każdy mięsień, każda myśl. Rób mi bałagan. Tu, tam, w całym życiu. To przecież niewielka cena za odrobinę ulotnego szczęścia, za kilka chwil twojego życia, za ciebie bez ciebie. Ta uderza mnie najbardziej, bo przecież ci pozwoliłem. Gdziekolwiek. Kiedykolwiek. Zawsze. Zostawiam więc ten bałagan takim, jakim go zrobiłeś. Dziś nie przyjdzie tu już nikt. Ani dziś, ani jutro, ani kiedykolwiek. Będziesz miał tutaj swoją izbę pamięci. Sekretny ołtarz. Będziesz tylko ty.
Ze sobą zabiorę tylko twoją walizkę.
Powrót do góry Go down
avatar
Dowódca Sabatu

Umiejętności bojowe : V
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 37 lat
Jestem : za Sabatem
Genetyka : wilkołak
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny
Zawód : skrytobójca i zegarmistrz

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Wto Lut 10, 2015 11:52 pm

Tyle cię nie widziałem, bracie. Tak  bardzo lubisz znikać mi z oczu. A jak tak bardzo nie kwapię się do tego, żeby wodzić za tobą przepełnionym troską wzrokiem. Czasem jednak sprawdzam, co w trawie piszczy. Gdy nie odzywasz się za długo. Znikasz za kurtyną swojego świata, bierzesz w dłonie ludzkie myślodsiewne marionetki i bawisz się. Tylko po to, aby już za chwilę znowu je porzucić. Czasem słyszę, jak flegmatycznie stąpasz po skrzypiących deskach sceny, na której parkiet nie zawsze decydujesz się mnie dopuścić. Kroki wybrzmiewają niesione wiatrem czasu. Nie słyszałem ich tak dawno. Halbjornie, czy może spadłeś? Nie uwierzę, że z własnej woli opuściłeś deski swojego teatru.
Czy coś się stało? Nigdy nie podejrzewałbym siebie, że kiedykolwiek zadam ci to pytanie. Przecież nie pozwoliłem mu paść ze swoich ust, gdy zniknąłeś bez słowa. Po co? By szukać siebie w szerokim świecie? Nie wiem. Nigdy nie pytałem. Halbjornie. Tak niewiele wiem. O tobie. A tak duże pokłady zaufania kieruję właśnie w twoją stronę. Poderżnę dla ciebie gardło, skoczę za tobą w ogień.
Czasem widzę cię w odbiciach ulicznych witryn, dostrzegam poły twego ubrania znikające za rogiem. Wyobrażony ty, ale tak żywy - gdybym je miał, to właśnie ten niewyraźny obraz powstrzymywałby mnie od wiecznych wyrzutów sumienia. Bo pozwoliłem ci stać się tym, kim dzisiaj jesteś. Miałeś być szczęśliwym dzieckiem. Moim szczęśliwym małym bratem. To ja. Czarna owca rodziny. Wilkołak. Zło wcielone. Brak skrupułów. Siedemdziesiąt siedem kilo czystego gówna. Tym podobno jestem. A ty? Jesteś cieniem. Do tego zawsze porównywałem cię w moich myślach. Blady, milczący, odcięty od świata. Ale ja nie zapominam, Halu, że cień tak wiele może zdziałać. Niepozorny, błahy, ale na tak wiele może się zdobyć, gdy już na dobre oddzieli się od swego ciała. Czego cieniem jesteś? Naszej rodziny? Mnie? Dawnego siebie - wciąż blady, ale jakbyś miał nieco wyraźniejsze kontury. Biel, ale nie ta niewinna, nie ta dziewicza. O nie. Zamknięta w ramę czerni.
Nie mów mi, co myślisz. Nie mów mi, co czujesz. Powiedz, że żyjesz. Oddychasz, że jeszcze stąpasz po tym pieprzonym świecie.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 31 lat
Jestem : za Sabatem
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : wytwórca myślodsiewni

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Sro Lut 11, 2015 12:45 pm

Słyszysz ten dźwięk? Pomiędzy zamknięciem i rozchyleniem powiek? Pomiędzy zaczerpnięciem oddechu i ponownym wypuszczeniem powietrza? Pomiędzy przeskakiwaniem sekundnika? To nie cisza. Ciszy nigdy nie ma, nigdy nie będzie absolutnego braku dźwięku. To cząsteczki kurzu zderzające się ze sobą. Czasem lubię się im przysłuchiwać. Nie robić nic innego, jedynie trwać pośrodku tej niekończącej się walki o przestrzeń i miejsce. Czasem, jak teraz, wolałbym nie być sam, gdy niebyt ponownie zaczyna swoje harce. Czasem jestem naprawdę wdzięczny za to, że przychodzisz tu bez uprzedzenia. Tylko dlaczego robisz to tak rzadko, choć ze swojego królestwa do mojej klitki masz zaledwie kilkaset metrów? To dlatego, że nigdy cię nie zaprosiłem? Że nigdy nie powiedziałem: przychodź, kiedy chcesz, zawsze jesteś tu mile widziany? Nie jesteś cholernym wampirem, byś nie mógł przekroczyć progu bez mojego zezwolenia. Jedyne, co możesz zrobić to naszczać mi na kanapę i dywan, ale jesteś już za duży, by cieszyć się tak szczeniackimi rozrywkami. Przychodź więc częściej, braciszku, tobie nie straszna praca w terenie.
- Widzisz mnie, więc masz odpowiedzi na swoje pytania. – Krążę po pokoju, starając się omijać twoje mniej wyraźne, mniej głośne myśli; te, których na pewno nie chciałbym poznać. Nie obchodzi mnie to, czego nie chcesz mi powiedzieć. Jesteś starszym bratem, tym mądrzejszym i zaradniejszym, tym, który za mordę trzyma cały magiczny świat, choć ten nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. A może już nie? Jak to z tobą jest, Yngvi? Tak dawno nie mówiłeś mi, czego Sabat potrzebuje. Coś musi być na rzeczy. Nie jesteś z tych, co popełniają błędy poprzedników. Nie ucichniesz jak oni. – Czego się napijesz?
Porozmawiajmy, jak kiedyś, Yngvi. Porozmawiajmy, jak nigdy dotąd nie mieliśmy okazji rozmawiać. O wschodzących słońcach Neoasgardu. O spadających gwiazdach magicznej cywilizacji. O trzęsieniach, jakich zamierzasz dokonać. O czarnej dziurze, w którą planujesz wciągnąć każdego, kto stanie ci na drodze. O piekielnych psach, które spuścisz ze smyczy, gdy świat dobiegnie końca. Usiądź i opowiedz, jak bardzo nienawidzisz, kiedy zabieram ci twój cenny czas. Powiedz, jak smakowało ostatnie ciastko zjedzone u Majeczki. Przyznaj się, kogo teraz najchętniej rozerwałbyś na strzępy. Za co i dla kogo skąpałbyś ziemię we krwi.
Powrót do góry Go down
avatar
Dowódca Sabatu

Umiejętności bojowe : V
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 37 lat
Jestem : za Sabatem
Genetyka : wilkołak
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny
Zawód : skrytobójca i zegarmistrz

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Sro Lut 11, 2015 1:40 pm

Opowiedz mi o dźwiękach. O dźwiękach zderzających się ze sobą myśli, o splątanych niciach słów płynących przez umysły zupełnie niezwiązanych ze sobą osób. Czy potrafisz je oddzielić? A może wolisz je mieszać, wprowadzać chaos. Dokładnie tak, jak robię to ja, gdy bawię się czasem. Wywracasz ich umysłowy porządek do góry nogami, pozwalasz wierzyć, że coś wydarzyło się naprawdę? Słyszysz to? Nie ma nic lepszego niż muzyka przepływająca między wskazówkami czasu. Ty pewnie wolisz tą zapisaną na pięciolinii za pomocą pływających w powietrzu idei i słów. Zawsze mieliśmy swoje przyzwyczajenia. Zawsze patrzyliśmy na świat inaczej. Ale jednak, nasze spojrzenia stykały się choć w jednym punkcie. Fascynacja tym, co nieuchwytne. Pojęciem, którego nigdy nie uda się dobrze opisać słowami.
To nogi, to ich wina. To one tak rzadko niosą mnie w twoją stronę.
Nie lubię, gdy grzebiesz mi w głowie. Jakbyś rozkładał mi umysł na czynniki pierwsze, nie pozwalasz nawet na to, abym samodzielnie zadał ci krążące po mojej głowie pytanie. Odbierasz mi tę cenną odrobinę wolności. Gdybyś nie był moim bratem, z rozkoszą zacisnąłbym na twej szyi palce. Bezczelny. Powinieneś na nowo zgłębić ze mną tajniki oklumencji. W czasie twojego wyjazdu trochę to zaniedbałem. Dotąd nikt inny się na to nie odważył. Oni są zbyt słabi, aby przekroczyć granice podświadomie budowane wokół mojego umysłu. Tylko dla ciebie to pestka. Bułka z masłem. Trochę jesteś zdolny.
- Kawy. - Mówisz, że wcale cię to nie obchodzi. Żadne moje myśli, żadne wspomnienia. Obrazy Tess, z lędźwiami wbitymi w kant regału. Maja rozprowadzająca po moim ciele kolejne kawałki Red Velvet. Więc dobrze. Nie będę zaciskał pięści, nie będę starał się niczego ukryć. W końcu ci ufam. Tylko zapalę kolejnego papierosa, po raz pierwszy od dawna usadawiając się w twoim fotelu. Mam dziwne wrażenie, że od bardzo dawna nie spoczęły w nim żadne porządne cztery litery. Co u taty? Co u mamy? Nie roześmiejesz mi się prosto w twarz. Chyba nie doceniasz moich żartów.
Porozmawiajmy. Jak kiedyś. Wymieńmy między sobą kolejne repliki ciszy i milczenia. Nigdy nie opowiadałem ci o moich planach, nigdy nie konkretyzowałem na głos swoich myśli. Tak, wciągnę ludzi w czarną dziurę. Pomaluję świat zupełnie inaczej niż oglądali go wcześniej. Znikną ciepłe barwy, zniknie szczęście pojedynczych jednostek. Doprowadzimy do potęgi tych, którzy na to zasłużyli. Innych powybijamy jak muchy. I nie. Niekoniecznie siebie uczynię samozwańczym królem. Nie potrzebuję aprobaty, nie potrzebuję omdlewających z zachwytu spojrzeń. Znam swoją wartość. Znam swoje wyobrażenia. Wiem, jak należy ten pieprzony świat zmienić. Ale nie spieszmy się. To niepotrzebne. Nie postępujmy pochopnie, nie podejmujmy walki z wiatrakami. Bądźmy precyzyjni. Jak zawsze.
Nigdy nie był łatwy, ten rzekomy dialog między nami.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 31 lat
Jestem : za Sabatem
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : wytwórca myślodsiewni

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Sob Lut 14, 2015 6:30 pm

Nie jestem pewny, czy kawa jest tym, czego najbardziej ci w tej chwili potrzeba, jednakże nie kwestionuję twojego zdania. Możesz pobłażać mi w niektórych sytuacjach, ale pewny jestem, że mojej jawnej niesubordynacji – nawet, jeśli nie widziałby jej nikt poza nami i nawet, jeśli tyczyłaby się takiej drobnostki – nie skwitowałbyś jedynie pełnym niezadowolenia i pogardy spojrzeniem. Nie jesteś typem człowieka, który pozwala wchodzić sobie na głowę przy każdej możliwej okazji. Nie jesteś typem człowieka, który nie wie, czego od życia chce. A ja nie jestem tym, który mógłby pokusić się o wskazywanie ci odpowiedniejszych ścieżek, którymi mógłbyś chodzić. Nie muszę też grzebać ci w głowie, by to wiedzieć – to w końcu widać jak na dłoni. Wystarczy spojrzeć na to, czego udało ci się dokonać; wystarczy przebywać z tobą w jednym pomieszczeniu dłużej niż pięć minut; wystarczy mieć sprawnie funkcjonujący instynkt samozachowawczy. Wystarczy nie wchodzić ci w drogę. Zostawiam cię więc, byś w spokoju mógł zadymić mi pokój. Nie krępuj się, odnoszę wrażenie, że salon ten w ciągu mojego użytkowania go pochłonął więcej toksyn, niż byłbyś w stanie wyprodukować przez resztę swojego życia, zamknięty tu ze mną. Tylko skąd ta pewność?
Czasem ochotę mam zebrać wszystkie wspomnienia zapisane w najdrobniejszej rzeczy w tym domu. Poznać historię tego miejsca, poprzednich właścicieli, dotrzeć do początku czasu. Sprawdzić, czy nie ukrywam nic przed sobą samym. Częściej jednak kpię z samego siebie za podobne myśli. Taka wiedza nie jest mi do niczego potrzebna, a ingerowania we własne życie, grzebania w swojej głowie zabroniłem sobie już na początku tej farsy. Sam siebie do grobu nie wpędzę, nie odbiorę satysfakcji skończenia ze mną temu, dla kogo stanie się to jedynym celem w życiu. Taki jestem łaskawy. Mieszając czarny płyn, zerkam przez ramię do salonu i obserwuję cię przez chwilę. Ta łaskawość też nas różni, Yngvi. Różni nas niemal wszystko. A mimo to umarłbym za ciebie. Czasem zastanawiam się, czy to właśnie tak działa świat. Czy przypadkiem nie jest popsuty.
Lewitując przed sobą filiżankę aromatycznej kawy, zostawiam ją zawieszoną nieopodal ciebie na wysokości twojej żuchwy. Para miesza się z papierosowym dymem, przyprawiając mnie o zawrót głowy. Spójrz tylko na to, tak właśnie mieszają się myśli, w ten sposób wariują ludzie. To prosty sposób, tak piękny, tak magnetyczny, tak uzależniający. Pokażę ci go kiedyś, bracie. Dam skosztować tego, co nigdy nie powinno zostać poznane. Ale nie teraz. Nie za tydzień. Nawet nie na rok. Kiedyś. Gdy za stosowne uznasz, że to właśnie twój czas, a ja będę gotów.
Nie wybiorę się ponownie na wycieczkę po twojej głowie, choć czuję, jak parę myśli usilnie próbuje wydrzeć się z niej na zewnątrz. Nie sięgnę po nie, chociaż wystarczyłoby, gdybym tylko skinął palcem, by poznać każdą z nich z osobna. Yngvi, ja naprawdę nie lubię siedzieć w twoich myślach, nigdy tego nie lubiłem. Jakkolwiek byłyby pasjonujące, jesteś jedną z dwóch osób, których prywatności umyślnie nigdy nie pogwałcę; bez zgody których nigdy nie pozwolę sobie na eteryczne eskapady. Mogę się z tobą droczyć, jak zrobiłem to kilka chwil wcześniej, ale to jedynie ślizganie się po wierzchu lodowca. Mogę więc milczeć naprawdę długo – ty zresztą też, to u nas rodzinne – ale nie przyszedłeś tu jedynie sprawdzić jak i czy w ogóle żyję. Nie przyszedłeś tu, byśmy tylko na siebie patrzyli, to żadna przyjemna rozrywka. Obserwuję twoje odbicie w szybie – z każdą wydłużającą się sekundą milczenia i nie zamykania oczu młodniejesz, znowu stajesz się dzieckiem. Byłeś taki nieokiełznany.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 33 lata
Jestem : za Sabatem
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : przeciętny
Zawód : defraudantka

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Sro Mar 11, 2015 2:59 pm

Cześć. Spójrzcie na moje drobne, czerwone pantofle, podskakuję na pasach, omijam te ciemne, jak wróżka po płatkach kwiatów jak wskakuję nóżką tylko na białe. Potem nie dotykam pękniętych kafelek, wchodzę tylko na pełne, kręcę się w kółko w ciemnych uliczkach, unoszę ręce w górę, łapię śnieg, ten śnieg jest inny, taki, jak pamiętałam. Zaciskam zęby na wardze, zawsze tak robię. Łapię śnieg, najpierw na palce, na powieki, na włosy łapię też, potem już wystawiam język. Pada, pada, pada. Zaczyna zmierzchać. Która może być godzina? Nigdy nie nosiłam zegarka. Yngvi by wiedział. Yngvi mój ulubiony brat. Otwieram oczy i idę dalej. Nie, nie idę. Skaczę. Ślizgają mi się pantofle po brukowanej kostce. W torebce trzeszczą prezenty dla braci. Żelki o smaku ananasa. I ananasowa herbata. Jest też w drugiej torbie ananas. Ucieszą się? Na mój widok na pewno.
Mam ochotę zagrać z nimi w kalambury, tylko najpierw trochę ogrzeję stopy. Nie mam cieplejszych butów, nie pamiętam co z nimi zrobiłam, w pewnym momencie po prostu wróciłam do mojego mieszkanka bez nich. Byłego mieszkanka. Już go nie mam. Pewnie zostało dokładnie przeszukane przez jakąś magipolicję czy co oni tam w Grecji mają. Szkoda, miałam tam fajną kolekcję figurek takich małych, były dodawane do płatków śniadaniowych. Zebrałam wszystkie. Dobrze, przyznaję się, kilka po prostu wymacałam. Nie ukradłam ich przecież, ja te płatki zjadałam, ale najpierw w sklepie musiałam sprawdzić, czy mi się figurka nie powtórzy. Po co mi dwie takie same figurki? W sumie jedne mogły być na podróż, teraz już ich nie odzyskam, przepadły. Najbardziej lubiłam taką z dziewczynką, która miała okrągłą głowę i proste, różowe włosy z grzywką. Była mega słodka! Mija mnie jakaś brunetka, piękne oczy, wyglądają jak dwa księżyce, odwracam się z promienną twarzą, ale nie, przecież dziś jest dzień dla braci, już sobie zanotowałam w głowie, dzisiejszy rozdział pod tytułem Natalcia kontra bracia. Będzie fajnie, zjemy te ananasy. Tak. Nie mają powodu, żeby mnie zignorować, prawda? Prawda. Ja im nic nie zrobiłam. Nic a nic. Zawsze tylko po ich stronie. Według mapy to powinnam teraz skręcić w lewo i o, jest. Hihi. Salon Halka. Halek Krasnalek. Wchodzę, dzwoni dzwoneczek, a ja podchodzę do lady, pukam trzy razy, odkładam moje dwie torby i stepuję. W czerwonym kapelusiku i czerwonych pantoflach. Braciszku, przybyłam! Chodźcie, dajcie buziaka siostrze, co się z nią dawno nie widzieliście. Wszyscy wszak tęsknili.
Powrót do góry Go down
avatar
Dowódca Sabatu

Umiejętności bojowe : V
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 37 lat
Jestem : za Sabatem
Genetyka : wilkołak
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny
Zawód : skrytobójca i zegarmistrz

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Sob Mar 21, 2015 11:59 pm

Ostatnimi czasy wszyscy kwestionują moje wybory. Może rzeczywiście powinienem zasiąść w fotelu z flaszką najlepszej whisky w dłoni, oplatając palcami zgrabną szyjkę butelki, co parę sekund pociągając z niej pokaźne łyki. Nie kwestionowałbym w ten sposób swego obrazu. Potęga, władza to nie woda, to nie kawa. Jednak nie martwcie się, nie odchylę filuteryjnie małego paluszka, nie będę sączył ciemnego płynu jak niewinna panienka usadowiona w jednej z tych ulicznych kawiarni, obserwująca świat rozmarzonym wzrokiem. Nie. Wypijam kawę jednym haustem. Skinąwszy głową daję ci do zrozumienia, że chciałbym, żebyś usiadł. Nie przyszedłem dzisiaj tutaj, żeby tak po prostu pogadać z tobą w cztery oczy, żeby zapytać, co słychać u mojego młodszego brata. Chciałem naprawdę wbić spojrzenie w ciemne źrenice, żeby przekonać się, czy jesteś gotowy.
- Widziałeś się z nimi ostatnio? - pytam, kładąc nacisk na słowo nimi. My nie mówimy ojciec, nie posługujemy się wyrazem matka. Nadajemy związanym z ich osobami pojęciom jak najmniejszy walor, nie chcemy przypisywać im zbędnych znaczeń. Przecież zrozumiesz, będziesz wiedział. O ile jeszcze pamiętasz - może nie tyle chodzi o to, że nie doceniłbyś mojego wcześniejszego żartu. Po prostu nie do końca wiedziałbyś, o co tak naprawdę chodzi. Teraz rzucam w przestrzeń to niewinne pytanie, bo właśnie reakcja na nie da mi odpowiedź na to, czy rzeczywiście powinienem dzielić się z Tobą tym, z czym dzisiaj przyszedłem. Czy wciąż skupiasz się przede wszystkim na tym, co zawsze było dla ciebie najważniejsze. Ich przecież nie ma. Szukam twoich oczu w gęstej smudze dymu rozciągającej się przed moją twarzą. Jej delikatna powłoka nadaje twoim policzkom jeszcze bledszy wygląd. Zawsze prezentowałeś się tak niezdrowo, jakby nie rozciągałaby się już przed tobą za długa droga życia. A jednak przetrwałeś. Trwasz i pewnie jeszcze długo nie zejdziesz z padołu tego nędznego świata.
Sztywnieję. Cały. Od stóp do głów. Czuję dreszcz przebiegający od czubków palców, aż po końcówki włosów. Nie odwracam głowy, tylko wciągam w nozdrza zapach, którego nie było mi dane spotkać od dobrych paru lat. To były dobre lata. Bo nie było tu Ciebie, Natalie. Wcale nie miałaś tu wracać. Nie umierałem z tęsknoty, nie myślałem o tobie. Nie pamiętałem. Zawsze byłaś łatwą do rozwikłania łamigłówką. Krzyżówką, której rozwiązanie składało się z tylko jednego rodzaju haseł. W każde pole mogłem wpisać jedna z już dawno opracowanych słów. (Znowu coś) schrzaniłam. Narozrabiałam. Potrzebuję, braciszku, kolejnej tony galeonów. Bądź tak dobry, poupychaj je do moich pozbawionych dna kieszeni. Nie mógłbym ci na to pozwolić, choć tak bardzo chciałbym mieć cię z głowy. Jednym ruchem dłoni usunąć cię sprzed moich oczu.
Mała lisica. Kochana Natalie.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 31 lat
Jestem : za Sabatem
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : wytwórca myślodsiewni

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Pon Mar 23, 2015 3:37 pm

Władza to nie woda, to nie kawa. To nawet nie dobry alkohol. Władza to upadek. Najlepiej zdajesz sobie z tego sprawę. Obserwowałeś to od lat, najpierw w rodzinnym domu, gdy majątek znikał szybciej, niż zachodziło słońce, doprowadzając nasze nazwisko niemal na dno, wśród mułu i zgnilizny odpadów. Następnie był twój ukochany Sabat w niewłaściwych rękach rozsypujący się w pył. W końcu sam Rangvald Sjurdsson, który, mając tak wiele, w ciągu jednego dnia stracił wszystko – dzięki tobie. Władza nierozerwalnie wiąże się z klęską, gdy używasz jej w niewłaściwy sposób. O tym także nie muszę ci mówić, obserwujesz to na co dzień. Podskórnie zapewne też to czujesz, nie zawsze, w końcu jesteś silnym człowiekiem. Ale czasem – może właśnie teraz? Choć może nie potrafisz nazwać tego we właściwy sposób, bo to uczucie tak bardzo jest ci nieznane. Może, może, może. Może pomyślałeś czasem, by, zaciskając dłonie na tej wąskiej szyjce, nie czuć pod palcami chłodu szkła, lecz pulsującą w żyłach krew? Leniwie przemieszczające się pod fakturą skóry życie, coraz słabsze, coraz mniej walczące o uwagę? Nie śmiałbym ci niczego sugerować, zostawiam tę myśl dla siebie, tak będzie bezpiecznej dla na obydwu. Przecież to wszystko wciąż w tobie jest, czekając na właściwą, godną twojego małego spektaklu publikę. By pokazać jak po upadku podnosić całe społeczności.
Zajmuję miejsce naprzeciwko ciebie, trochę nie będąc w stanie ci się sprzeciwić, trochę czując, że może jednak należy mi się odrobina odpoczynku od gnających nieprzerwanie myśli, od hipnotyzującego hałasu wskazówek ściennego zegara. Tego, który podarowałeś mi, gdy z powrotem zawitałem w rodzime strony. Niekiedy odnoszę wrażenie, jakby był pułapką. Jakbyś dzięki niemu sprawował kontrolę nad całym moim życiem. Nie mów, jak bardzo mija się to z prawdą.
Unoszę brwi. Czy z kim się ostatnio widziałem? Skąd takie pytanie. Chwilę zajmuje mi, nim w bieganinie wspomnień odkopię to związane z tym tonem. Z tym słowem. Z nimi. Przełykam ślinę, chyba głośniej niż powinno się to robić. Pomyśl, że tak mnie to zestresowało. Że kajam się sam przed sobą, bo tak wyrodnym jestem synem.
- A powinienem? – Nie widziałem ich ponad czternaście lat. Od czternastu lat nie zamieniłem z nimi słowa. Od siedmiu lat w ogóle o nich nie myślałem. W pierwszych latach podróży jeszcze zdarzało mi się pisać do matki. Potem skończyło się i to. Bo nie byli warci mojego czasu, mojej obecności; nie starczyło dla nich miejsca w moim życiu. Choć z naszej dwójki to ty jesteś większym skurwysynem, to ja jestem tym mniej emocjonalnym. To wpisało się w moje powołanie.
Dźwięk dzwoneczka i natarczywe stukanie sprawia, że nieco się mieszam. Zmiana rysów twojej twarzy tylko upewnia mnie, że coś jest nie tak. To nie godzina na przyjmowanie klientów. O tej porze grzeczne dzieci już dawno śpią. Nie posiadam tam wyczulonego węchu, co ty, Yngvi, więc dopiero znajdując się w połowie schodów prowadzących do sklepu zdaję sobie sprawę z tego, co właśnie się stało. Co dziać będzie się przez następnych kilka godzin. Dni, może tygodni. Gestem każę ci się zatrzymać, nie rzucaj się na mnie jak wygłodniały wilk na zaplątaną w sidła łanię. Sama wizja twojego dotyku, siostrzanego okazania tęsknoty, jest jak zanurzenie się w lawie. Więc daruj sobie. Zabierz swoje rzeczy.
- Jesteśmy na górze. – To najcieplejsze powitanie na jakie mnie stać.
Wracam do salonu, do przerwanej rozmowy, w bezpieczne miejsce – dla ciebie, Natalie. Umiesz się wspinać, ciągle masz dwie ręce, więc zabierz swoje bety z mojego sklepu.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 33 lata
Jestem : za Sabatem
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : przeciętny
Zawód : defraudantka

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Wto Mar 24, 2015 10:43 am

Oczywiście, że widok brata wcale nie cieszy mnie w takim stopniu, w jakim to okazuję, w zasadzie, nie podzielam swojego entuzjazmu nawet w ¼. Halbjorn jest mi skrajnie obojętny, ale lubię odgrywać, że jest inaczej, przecież to mój mały braciszek i kiedy chcę, to go lubię i adoruję bardzo. Przecież przywiozłam mu herbatkę!. Ignoruję na razie jego niezachęcające powitanie i trochę mnie to boli, troszeczkę, znowu szpilka w serce, znowu z jakiegoś powodu moja obecność go nie cieszy. Dlaczego? Co takiego niby znowu mu zrobiłam? Nic przecież! Nie było mnie długo, nie wplątałam go w kłopoty, nie podpaliłam mieszkania, nikogo mu nie zabiłam, a on znowu traktuje mnie jak intruza. Wiesz co Halbjorn, braciszku, serce mi się łamie na pół ale podskakuję za tobą po tych schodkach, ciesząc się jak dziecko, trochę nie mogąc się doczekać drugiego brata - tego ulubionego rzecz jasna - i przeskakuję z nogi na nogę, jakbym czekała w kolejce do toalety, będąc już na skraju wytrzymałości. Oho, oho, ty to masz gust Halbjornie, piękna szafa, czy to antyk? Antyki są wiele warte. Nie myśl sobie, że nawiniesz mnie do swojej fiolki, wiem jak się przed tobą bronić braciszku, będziesz wiedział tylko to, co ci powiem. Jestem z tego powodu szalenie zadowolona, bo znowu masz problem z dostępem do mojej głowy, chociaż wiem, że przedarcie się przez moją zaporę obronną zajęłoby ci jedną, bardzo bolesną dla mnie sekundę. Bo jesteś zdolny, zawsze byłeś, ale wiem, że i tak nie zajrzysz. Brzydzisz się co, kochany braciszku? Hahaha. I tak się podzielę, na złość, w najmniej odpowiednim momencie rzucę ci moimi myślami w twarz. Ale teraz będąc na przed ostatnim schodku, wskakuję niemalże, mijam cię i truchtam, bo oto widzę Yngviego i w podskokach przed nim ląduję, torbę swoją odstawiam i otwieram ramiona. Witaj braciszku! Będziemy się razem świetnie bawić, już to czuję. Czuję też inne, inne rzeczy.
- Marlboro, jak zwykle. - Tu się nic nie zmienia co, uśmiecham się, szczerze tym razem, bo zawsze cię lubiłam bracie, wiesz o tym. Nawet sobie pozwalam poczochrać twoją czuprynę. No co tam, bracie? Jak życie? Jak biznes? Nie chorujesz ostatnio? Ładnie włosy zaczesujesz, czy to teraz modne w Skandynawii? Czytałam, że Tess się rozbiła. Słabiutko nie? Pogadamy potem, puszczam ci oczko. Ściągam płaszcz i rzucam go na fotel, razem z kapelusikiem. O, przepraszam Hal, siedziałeś tam? Zaraz ci zrobię tam miejsce tylko się z tobą… PRZY-WI-TAAAM. Ihihihihi. Chudy jesteś, mogłabym ci te kości zmiażdżyć chyba uściskiem wiesz, ale nie to przykuwa moją uwagę. Zaciągam się trochę twoim zapachem i oprócz tych herbacianych goźdźików i aromatu, który znam z dzieciństwa dociera do mnie coś jeszcze. Odchylam się i cofam z zadowoloną minę i siadam na podłokietniku fotela Yngviego, otaczając go ramieniem i machając nóżkami.
- Kochany braciszku, wiedziałeś, że nasz mały Hal ma kobietę? - Musiałeś wiedzieć, masz węch wilczy przecież, ale pytanie, czy zignorowałeś ten fakt, czy nie. Na pewno są jej ślady wszędzie. Weź powąchaj i mi powiedz! Ihihihi. Tak to ja rozumiem, nasza zabawa się zaczyna. Rodzina w komplecie!
Powrót do góry Go down
avatar
Dowódca Sabatu

Umiejętności bojowe : V
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 37 lat
Jestem : za Sabatem
Genetyka : wilkołak
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny
Zawód : skrytobójca i zegarmistrz

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Nie Kwi 05, 2015 10:33 pm

Zawsze zdawałem sobie sprawę z ciążącej na mych barkach odpowiedzialności. Nie czułem jej - jedynie zdawałem sobie sprawę z jej istnienia. To bardzo ważne. Jedynie dostrzegałem ową obecność, że zmusza się mnie do przyjęcia na siebie wynikających z niej konsekwencji. Bo tak wpajano mi od lat najmłodszych. Byłem najstarszy, miałem stać się mężczyzną, a po przemianie w ich oczach przeobraziłem się w materiał na naprawdę silnego człowieka. Choć dla nich była to przede wszystkim siła fizyczna, nie dostrzegali w tych genetycznych zdolnościach, które spadły na mnie tak niespodziewanie, aczkolwiek przecież były li i jedynie wynikiem podejmowanych przeze mnie działań, niczego więcej poza siłą mitycznego Herkulesa - w ich oczach mogłem przenosić skały. Głupcy. Zawsze mieli takie ograniczone horyzonty, nie potrafili patrzeć dalej, w przyszłość, na przestrzał. To nie oni byli dla nas tymi gigantami-mistrzami, którym my - w założeniu karły - stalibyśmy na ramionach, którzy uczyliby nas, że na ludzką egzystencję nie należy patrzeć przez palce, nie przez narzucone nam z góry szczeliny, że trzeba odsłaniać to, co przysłaniają nam rozczapierzone kłykcie. Nie. Nie byliśmy karłami na ramionach gigantów - bo ze zbyt dużą łatwością my sami wdeptalibyśmy ich w ziemię. My od zawsze unosiliśmy się ponad światem, ponad tym, co poznane. Chcieliśmy odkrywać to, co nieznane - dlatego staliśmy się tak wyjątkowi. Nie potrzebowaliśmy gigantów. Rodzeństwo Venäläinen. Jesteśmy inni. Jesteśmy nie byle jacy.
Ta odpowiedzialność do dzisiaj zdaje się spoczywać na moich barkach. Ale nikt nie powiedział, że zdecydowałem się na to, aby pogodzić się, zaakceptować związany z nią ciężar. Przecież wy radzicie sobie beze mnie całkiem dobrze. I owszem, zawsze miałem na was oko. Na ciebie, Halu, choć milcząco starałeś się robić wszystko, aby oduczyć mnie tego nawyku. Nigdy nie wypowiedziałeś podobnej myśli na głos, ale chyba tak myślałeś. Na ciebie, Natalie, dopóki nie zniknęłaś nam z oczu. Ale z tobą było może trochę inaczej. Odpowiadało ci, że tak na ciebie patrzę, że tak dbam o swoją młodszą siostrę. Czy nie właśnie to ci się należało? Mogłaś na mnie liczyć. Zawsze. Ale to nie był tego rodzaju ciężar.
Podobno taka sama odpowiedzialność wiąże się z Sabatem. Ale ja nie patrzę na to w ten sposób. Postrzegam to berło w moich rękach, tę koronę na mojej głowie zupełnie inaczej. Sam to sobie wybrałem. Rzadko obawiam się tego, że mógłbym przegrać, że ktoś mógłby mnie zaskoczyć, zajść od tyłu. Pozbawić rzeczonej władzy. Tak naprawdę nie wiem, czy to właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Władza to puste pojęcie. Nie chodzi o to, aby się nią afiszować. Należy działać.
Więc nie myślałeś o nich, Hal. To dobrze. To lepiej. Masz rację. Nie są warci. Nigdy nie byli.
Natalie. Wdzierasz się tutaj, w naszą chwilę, w nasz świat. Z tą swoją dziecinnością, z tym swoim niemym oszustwem - choć przecież nie rysuje się ono ani na twarzy, ani w żadnym geście, ale ja wiem, podświadomie, że ona chowa się tam gdzieś, najbardziej nawet głęboko. Nie ukryjesz go. I nie wiem dlaczego, to przez ten czas, to przez to dawne uczucie, gdy wpadasz mi w ramiona, sprawiają, że na moment zapominam o tej całej złości, którą mam dla ciebie. Jakbym w ułamku sekundy zakopał ją za domem, w ogródku. Zawsze potrafiłaś przyciszyć, choć na chwilę, te moje wilcze instynkty. Przestań. Przecież Hal to widzi, on wyczuje, że tak burzliwie zmienia się moje nastawienie do ciebie. Najpierw jeżę się, spinam na całym ciele, a potem pozwalam sobie na braterski uścisk, który działa jak gąbka do tablicy. Cały brud zniknął. Ale to tylko na ułamek sekundy. Nie minie chwila, a ty znowu zapiszesz ją kolejnymi elaboratami białej kredy. Znowu zrazisz mnie do siebie.
- Niektóre rzeczy nie zmieniają się nigdy - mruczę pod nosem, zapalając kolejnego papierosa i podnosząc się z fotela. Zdecydowanie wolę górować nad innymi, nie czułbym się komfortowo, gdybyś tak bezwiednie zawisła nade mną na fotelowym ramieniu. Ta uwaga odnosi się szczególnie do ciebie, Natalie. Jakkolwiek byś udawała, nie zmieniłaś się tak bardzo. Na pewno wróciłaś do nas tylko w tym jedynym celu.
Wzruszam ramionami. Nigdy specjalnie nie przywiązywałem wagi do tego, co dzieje się u was... Tak intymnie. Choć może rzeczywiście wyczułem w powietrzu nutkę dotąd nieznanego mi kobiecego zapachu. Ale ja nie bawię się w tego rodzaju łączenie faktów. Mogę posłać Halowi kpiąco pytające spojrzenie. Niech miłości rodzinnej stanie się zadość.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Helsinki, Finlandia
Wiek : 31 lat
Jestem : za Sabatem
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : wytwórca myślodsiewni

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Salon   Czw Kwi 09, 2015 12:55 pm

Jesteś obłąkana, Natalie. Od zawsze w jakiegoś rodzaju przerażenie wprawiał mnie twój optymizm; ten uśmiech niemal nigdy nie znikający z twoich ust; świergotliwy głos, jakbyś miała zaraz całemu światu wyśpiewać jego pieśń żałobną, tańcząc przy tym wyjątkowo skoczną polkę. Nie podobasz mi się jako człowiek. Nie podobasz mi się, jako istota żywa. Mało jest takich ludzi, ty jednak zajmujesz pośród nich wszystkich pierwsze miejsce, z szalona radością sama umościłaś się na tym królewskim tronie i nawet na mojej prywatnej liście, o której istnieniu nie masz pojęcia, rozpychasz się na wszystkie strony, nie dopuszczając w swoje pobliże nikogo, by przypadkiem cię nie zdetronizowano. Nie musisz się o to martwić. Ja powinienem, poradzisz sobie zawsze i wszędzie. Wleziesz nam na głowę, wślizgniesz się za mankiety, za kołnierze, opleciesz ciasno tysiącem nitek uroku osobistego, robiąc sobie z każdego swoje kukiełki w teatrzyku, w którym tylko ty będziesz świetnie się bawiła. Mieszasz w głowach każdemu lepiej ode mnie, do tego stopnia, że nieraz zastanawiałem się, czy powinienem brać z ciebie przykład. Zawsze jednak szybko rozwiewałaś te wątpliwości, tak jak teraz. Wystarczy twój jeden, niewłaściwy ruch, by cały iluzoryczny czar prysł. Nawet jest mi nieco z tego powodu przykro, może dlatego, że przyzwyczaiłem się do niekończących zabaw z tobą, do wzajemnego podjudzania się i wydłubywania sobie oczu. Ale ty ostatnio musisz wszystko koncertowo pieprzyć, jakbyś ewoluowała na najwyższy poziom natalizmu; jakbyś z tego wkurwiania mnie postanowiła zrobić sztukę – i czerpać z niej radość w samotności. Niekoniecznie dziś. Dzisiaj pozwalasz w dłonie klaskać jeszcze Yngviemu. To też mnie niepokoi. Z taką łatwością okręcasz go sobie wokół palca, jakby był niczym więcej niż puklem twoich jasnych włosów.
Wytrzymuję twój uścisk dłużej aniżeli powinienem. To błąd. Może, gdybym odsunął cię chwilę wcześniej, niczego byś nie wywęszyła. Może skończyłoby się tylko na wyrzucaniu, jakim jestem niemiłym i niewdzięcznym człowiekiem, bo ty do mnie z sercem na dłoniach przychodzisz, prezentami mnie obsypujesz, a ja znów nie chcę cię w podzięce utulić i pogłaskać po główce. Kończy się na oskarżeniu o posiadanie kobiety. Tak, oskarżeniu, dobrze skrytym pod całą toną ekscytacji. Aż mi niedobrze. Tak mi zazdrościsz? Żałujesz mi tej namiastki normalności, jaką pozwoliłem sobie uszczknąć i którą staram się cieszyć z dala od was, byście mnie jej nie pozbawili? Oboje jesteście do tego zdolni, w różnym stopniu, na różne sposoby oboje byście mnie uziemili. Dla dobra młodszego braciszka, by wielki, zły świat nie wyrządził mu krzywdy. Dziękuję za pamięć, zbyteczna jest wasza troska. Zajmijcie się sobą. Ty, Natalie, swoimi problemami finansowymi, to z nimi tu wróciłaś, czy nie tak jest? Przecież nie zatęskniłaś naprawdę. Nie tęskno ci było do nas – do mnie na pewno nie – ale do naszych pieniędzy, które w magiczny sposób się mnożą, a nie wciąż znikają, może kiedy trafią w twoje rączki, nie stracą swoich cudownych właściwości? Ty, Yngvi, zajmij się Sabatem. Skoro władza to puste pojęcie, pokaż że ty nim nie jesteś. Udowodnij, kim jesteś naprawdę, co masz w sercu. Dowiedź, że jesteś wart dużo więcej od Rangvalda Sjurdssona; że nie tylko doprowadziłeś wszystkich do porządku, uciszając – więcej, pozbywając się ich raz na zawsze – wewnątrzsabatowe waśnie, ale że doprowadzisz tych rządnych krwi ludzi na sam szczyt, jak im to obiecałeś. Po to ci zaufali, po to za tobą poszli. A miast tego martwisz się o rodziców. Bez wzajemności, jak mniemam.
Zostawiam was samych z domysłami na temat t e j kobiety, sam zabieram herbatę. Intensywny aromat ananasa drażni nozdrza, wydobywając z zakamarków pamięci dawno zapomniane wspomnienia, jakby na przekór niezwiązane z żadnym z was, niezwiązane z tak dobrze teraz znanym mi światem. Trzy kubki, po dwie łyżeczki wonnej mieszanki, wrzątek z wolna wypełnia każde naczynie zagłuszając wasze głosy. Jeszcze chwilę obserwuję mieszającą się ze sobą parę bledszą, bardziej nietrwałą od myśli. Lekceważącym ruchem dłoni posyłam dwa kubki w waszą stronę, ze swoim podążam za aromatyczną ścieżką. Przeszkodziłem w czymś? Jak mi przykro. Opieram się o komodę, kciukiem znajdując wypalone miejsce, najważniejsze w całym tym syfie jaki tu zapanował. Półcentymetrowy, bezimienny azyl.
Powrót do góry Go down


PisanieTemat: Re: Salon   

Powrót do góry Go down
 

Salon

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

 Similar topics

-
» "Wrota Hadesu" - salon gier.
» Duży salon
» Dom - salon

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Oslo :: Ulica Złośliwej Walkirii :: Sklep z myślodsiewniami Venäläinena-