Mesa

PisanieTemat: Mesa   Sob Mar 21, 2015 1:56 pm

Mesa
Chociaż cały kompleks nie ma nic wspólnego z żeglugą, każde z pomieszczeń nazywane jest w tym stylu. Wszystko dlatego, że Ingenmannsland, zupełnie jak morze, jest ziemią niczyją. Mesa jest ogólnodostępna dla gości, którzy muszą przestrzegać zasad, panujących w Ziemi Niczyjej. Przede wszystkim cisza i spokój, Mesa to nie miejsce na spory i rękoczyny. Ogromne pomieszczenie bez okien, z przyciemnionym, klimatycznym światłem. Boksy z sofami i niskimi stoliczkami, purpurowe poduchy. Zwisające z sufitu zgniłozielone kotary, martwe oczy sfinksów łypiące ze ścian. Przy samym wejściu długi bar z polerowanego drewna, za nim drzwi, prowadzące na korytarz.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : V
Skąd : Kaposvár, Węgry
Wiek : 27 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny
Zawód : warzelnik

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Mesa   Sob Mar 21, 2015 2:39 pm

Chyba znalazł ten lokal wczoraj i od tamtej pory z niego nie wyszedł. Podjął działania, które musiały zostać rozpoczęte i czekał na rozwinięcie doskonale zaplanowanej przez siebie taktyki, jednak od kiedy przekroczył próg Kajuty i wziął do ręki pierwszego drinka jakoś nagle, znikąd, poczuł się znów tak bardzo zmęczony.
Siedział w jednym z pomieszczeń w newralgicznym miejscu z wygodnym widokiem na korytarz i przemieszczających sie po nim ludzi, choć po tych kilku? kilkunastu? godzinach byli mu już powoli coraz bardziej obojętni. Fascynowało go troche, że w odróżnieniu od innych knajp na jakie natknął się w Skandynawii w tej jednej nie czuć było żadnego politycznego ciśnienia. Właściwie nikt tu nawet nie poruszał żadnych drażliwych tematów, a ludzie bardziej niż zwykle gdziekolwiek byli skupieni wyłącznie na swoich sprawach. Widział jedynie kątem oka, jak na zaplecze ktoś wnosił cztery wielkie smocze jaja, a w drodze do swojego pokoiku rzuciła mu się kuta złota waga do odmierzania cennych ziół. Wszystko składało się w sensowną i logiczną całość, jednak po siódmym drinku wcale mu się już nie chciało kompletować informacji. Właściwie, po raz pierwszy od bardzo dawna, pomyślał, że pozwoli sobie na chwilę nieplanowania, na chwilę bez ciągłej gotowości i wyprzedzania myślami otoczenia o co najmniej cztery kroki.
Usiadł. Napił się. Potem się jeszcze napił i spalił prawie dwie paczki fajek. Alkohol leniwie krążył po jego organizmie szepcząc relaksacyjne historie mięśniom, nerwom, stawom. Głowa, choć wciąż intensywnie walcząca ze stanem upojenia również powoli poddawała się temu klimatowi. I muzyka. I przyciemnione światła. Chwilę, posiedzieć chciał jeszcze tylko przez chwilę.
Jak zwykle elegancki choć w jednym ze swoich ekscentrycznych garniturów, który na czarnym matowym materiale miał wzór z połyskujących czarnych nici w tańczące szkielety z głowami jeleni. Marynarka niedbale rzucona na jeden z podłokietników obrazowała niemal doskonale stan jego świadomości, a złote wężowe klamry szelek przymykały leniwie szmaragdowe oczy. I on przymykał, oddychając w końcu powoli, z papierosem dopalającym się między palcami dłoni opartej o jedno kolano i lodem kurczącym się w szklance trzymanej na drugim.
Zmęczony książę bez rodowodu. Węgierski pies. Zbieracz na urlopie.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Oslo, Norwegia
Wiek : 26 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : nieznana
Status majątkowy : biedny
Zawód : nieznany

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Mesa   Sob Mar 21, 2015 3:27 pm

Lojsza mieszka w Ingenmannslandzie, bo Lojszę Elmo wyrzucił z mieszkania. Nie, żeby kiedykolwiek u niego pomieszkiwała, chciała skorzystać tylko z wanny, bo tej Madsowej też już nie może używać, ale Elmo rzekł wypierdalaj Lojsza i Lojsza musiała wypierdolić. Pomyślała więc mała, że fajnie byłoby mieć coś, z czego nie trzeba wychodzić zanim właściciele nie przyjdą i przypomniało się Lojszy, że tutaj przecież są wolne koje. Bywała już tutaj, ale nigdy nie na dłużej, wzywano ją, kiedy była potrzebna, na ciche rozmowy, co należy podpalić, co ugasić, a co zrównać z ziemią w szybkim tempie i to w sposób bardzo dyskretny. Ostatnio było cicho, ostatnio tylko jakieś małe sprawy, które kosztowały ją minimum energii i czasu. Więc Lojsza mogła zająć się swoimi małymi, słodkimi marzeniami. Lojsza bowiem marzy w sekrecie o własnym sklepiku, pełnym zapachowych świeczek i musujących kuli do kąpieli w kształcie ananasów, cytrynek, bananków i ciasteczek. Mały, pachnący, słodziutki świat Lojszy. Ale Lojsza nie ma głowy do biznesów i nie wie, od której strony mogłaby więc swoje marzenie ugryźć. Wierzy jednak ślepo, że kiedyś uda jej się zrealizować swoje dziecięce plany. Zamyślona jest ostatnio cały czas, układa w głowie towar na białych półeczkach, organizuje zaplecze, wybiera poduszki na stołeczki, na których mogą siedzieć klienci. Podlewa kwiaty, robi mydełka. Teraz też, weszła Lojsza do Mesy zamyślona, niosąc ze sobą kosz pełen ciastek i owocowych tart, własnoręcznie przez Lojszę zrobionych na mugolskich warsztatach cukierniczych, bo czemu nie. Przecież można być piromanką i lubić lukier. Nie wie jednak Lojsza, co z tym wszystkim zrobi, bo sama nie zje, choćby bardzo chciała, porozstawia więc chyba po ciasteczku i tarcie przy każdym łóżku i stoliku, niech się inni częstują słodyczami. Już od wejścia słychać szelest jej miliona halek, białych koronek, żółtej sukienki w białe serduszka, przebiera nóżkami w białych pończochach, lekkie, powolne kroki, które Lojsza stawia i tak tłumione są przez dywan. Idzie i idzie i już ma skręcać w korytarz, kiedy widzi znajomego jegomościa i zastanawia się przez chwilę, skąd parszywą (ale niewątpliwie również interesującą) jego mordę zna. W końcu jej się przypomina, że to jest przecież Vincent Peterson, który uważa, że Peru to bardzo ładne miejsce. Zmienia więc Loish kierunek i siada obok Vincenta bez słowa, tylko gapiąc się jak zwykle, aż jej prawie gałki wyskakują. Loish bardzo chciałaby też robić ciastka na patyku, wzorowane na gałkach ocznych, z ciężkimi, czarnymi rzęskami z lukru, to mógłby być jej znak rozpoznawczy. Na przywitanie kładzie Lojsza przed Vincentem ciastko. Nie jest to zwykłe ciastko. To ciastko-uśmiechnięty kwiatuszek.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : V
Skąd : Kaposvár, Węgry
Wiek : 27 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny
Zawód : warzelnik

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Mesa   Sob Mar 21, 2015 4:01 pm

Musi być w bardzo niecodziennym stanie, by początkowo nawet jej nie zauważyć. Nie tylko dlatego, że zazwyczaj zauważa wszystko, ale dlatego, że trzeba było być kompletnie ślepym, żeby taką lolitę w takim miejscu przeoczyć.
A jednak.
Wzrok jakoś tak prześlizguje mu się po niej niezaciekawiony, jednak kiedy przestępuje próg jego pokoiku powieki opadają mu na chwilę dłużej. Zdaje się nieruchomieje, jakby czekał aż mu ona coś zrobi. Coś.
Podniósłszy dłoń zaciągnął się petem po raz ostatni, a nieostrożność skończyła się kulką popiołu na jasnej koszuli. Papieros sparzył go w usta, bo dopalał się w jego palcach już zbyt długo, ale... jakoś wolniej niż normalnie na to reaguje. Spogląda oskarżycielsko na tlący się już filter, później ocenia stan swojego ubrania, jakby Loisza wcale nie usiadła tuz obok z tym swoim cielęcym spojrzeniem i nie omiotła jego lewej nogi pękiem swoich szeleszczących falbanko-koronek.
- Och. - mówi z opóźnieniem, jakby proces przetwarzania bardzo mu sie wydłużył, a może po prostu nie chciało mu się już nic mówić i pochyla sie by wrzucić peta. Kulka popiołu stacza się prędziutko po linii jego piersi i spada na ziemię w tym samym momencie, gdy Ferenc zauważa ciastko.
Dopiero wtedy zdaje się synapsy budzą się do życia, łączą kropki w kreski a kreski w fakty i odwraca w końcu wzrok na Twoją słodką buzię. Koleżaneczka Elmo Bjorksona. Z Peru. Pięknie. Akurat teraz, w tej chwili kiedy nie może z tej sytuacji wynieść sobie żadnych wymiernych korzyści, żadnych wyciągnąć informacji, żadnych zastosować manipulacji. Nie ma przy sobie nawet jednej fiolki eliksiru. Nic.
Z drugiej strony jakoś zadowolenie go ogarnia wewnątrz, nieujawniające się zbytnio na twarzy, że cóż, nie da sie, to chyba nie musi.
- Mhm. - znów taki wymowny, brawo Szentgyorgi, robisz wrażenie prawie tak rezolutnego jak Twoja rozmówczyni. Ciastka jednak nie bierze, opiera się łokciami o kolana i dopija zawartość szklanki.
twoje pojawienie się zmusza go do chwilowej refleksji. Próbuje policzyć ile tu siedzi, zastanowić się ile wypił, zrozumieć dlaczego tak skisł w tej skórzanej kanapie, ale wnioski uciekają od niego prędziutko niczym trzeźwe skojarzenia. Nagarnia pustą szklanka lodu z metalowego korytka na stole i dolewa sobie szczodrze z butelki. Dopiero wtedy pozwala sobie opaść z powrotem w siedzeniu z twarzą zwróconą w Twoim kierunku.
- Co tam, peruwianko. - Lilijka miała dwie peruwianki jak była mała. Obie udusił bo nie mógł znieść gwiżdżących dźwięków jakie z siebie wydawały. Wtedy pierwszy raz dostał wpierdol od swojego ojca tak bardzo, że z siniaków na plecach schodziła mu skóra. Pokiwał głową sam do siebie przytakując swoim wspomnieniom. Bez tego udawania zadowolonego spryciarza, jakim był Vincent Peterson był prawdziwie zmęczonym Ferenczym.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Oslo, Norwegia
Wiek : 26 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : nieznana
Status majątkowy : biedny
Zawód : nieznany

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Mesa   Nie Mar 22, 2015 6:16 pm

Lojsza bardzo tęskni za Peru. Wcale nie za rodziną ani za ludźmi wcale, bo Lojszy są oni całkiem obojętni, wcale nie w negatywny sposób, nie chodzi o to, że Lojsza ludzi nie lubi, ona ich nie potrzebuje zwyczajnie, tak. Lojsza tęskni za ciepłem, bo Skandynawia jest bardzo zimna i właściwie mogłaby przecież wyjechać i wrócić, ale Lojsza nie zna innych języków, a to chyba największa bariera, kiedy człowiek myśli o wyprowadzce do innego kraju. Siedzi więc Lojsza w Norwegii i myśli o swoim sklepiku. I o tym, że Vincent Peterson nie wziął ciasteczka. To ją trochę ruszyło, więc marszczy Lojsza swój mały nosek i skupia się na tym, jak nagadać Vincentowi Petersonowi, bo jest tym faktem zdenerwowana troszeczkę, przecież to nie byle jakie ciastko, tylko ciastko-uśmiechnięty kwiatuszek!!!11!!11
- Dlaczego nie chcesz mojego ciasteczka. - Bardziej stwierdza niż pyta Lojsza, jak naburmuszone dziecko, masz ci los, w takim stanie biedny Ferenczy otrzymał na tacy podaną ogromną bezę czy też cukrową watę, bo przecież Lojsza zawsze tak pachnie cukrowo i wygląda i brzmi. I pewnie smakuje też, ale tego osobiście nie wiem, bo nie mam pojęcia jak to z nią i jest i im dłużej się zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że przecież Lojsza nikomu się dotykać nie pozwala, co dopiero pocałować na przykład. Inaczej się ma sprawa, jeśli to Lojsza chce dotknąć kogoś, wtedy potrafi być naprawdę wylewna, przez całą sekundę może. Pozwoli zajrzeć pod halkę tylko, jeśli sama ją na głowę komuś narzuci, inaczej broń borze. Lojsza ma ciało blade z natury, a jej opalenizna dawno już zeszła, tutaj w Skandynawii wiele słońca nie dochodzi, ale rumieńce ma i bez niego, różowe jak mleczne chupa-chupsy. Lojsza wie jak zarzucić nóżką, żeby ładnie wyszło, jak schylić się po papierek leżący na ziemi, żeby zaznaczyć swoje wdzięki, na przykład. Lojsza to wszystko wie i ma świadomość, jak wykorzystać, ale to tylko otoczka, bo ostatecznie, chyba nic poza słodyczami i widokiem płonących miast nie sprawia jej przyjemności.
- Jak długo tu siedzisz, Vincencie Petersonie? - Pyta Lojsza tonem dziecka, bo już jej trochę ta złość za ciastko przeszła, a pytanie było nieuniknione, bo Vincent Peterson trochę cuchnie. Lojsza ma węch bardzo wyczulony i nie lubi ani smrodu, ani swądu nawet o dziwo, świeżego powietrza jednak też znieść nie może, więc zawsze ma pod ręką, a przynajmniej się stara nosić woreczek zapachowy. Na przykład taki bezowy, czy truskawka z cukrem i bitą śmietaną. Takie woreczki wkłada się do szafy, między ubrania, Lojsza nimi odgradza sobie nieprzyjemne aromaty. Loish celowo swojego imienia nie podała, ponieważ woli go nigdy nie ujawniać, poza tym, poznali się już, a Elmo był na tyle uprzejmym / kretynem, że Lojszy Vincentowi nie przedstawił. Może więc w tej sytuacji zostać peruwianką, lub zyskać inną ksywkę, chyba, że Vincent Peterson zapyta Lojszę o imię wprost. Wtedy powie. Bo jest grzeczna.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : V
Skąd : Kaposvár, Węgry
Wiek : 27 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny
Zawód : warzelnik

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Mesa   Nie Mar 22, 2015 6:35 pm

Patrzy się na Ciebie jak nadymasz buźkę niepotrzebnie zupełnie, jak się napinasz i burmuszysz, jak dziecko straszne i zaraz ma Cię dosyć. Ma dosyć wszystkiego, co wymaga wysiłku, a teraz ma dosyć nawet podwójnie, bo chyba jest mu trochę dobrze i nie chce tego tracić. Poprawianie humoru kobietom jest bardzo wysiłkowe, Ferenc wiedział o tym dobrze, w jego rodzinie było dużo kobiet, a to on był Załatwiaczem. Nie zamierzał poprawić Ci humoru więc - zamknął na troche oczy.
Lewa dłoń powoli, tanecznym niemalże tropem uniosła się do góry by dotknąć brody, ups, miały być usta, wziął łyka i znów spojrzał w Twoje wielkie oczy.
- Skąd mam wiedzieć, że jest dla mnie. Leży tam sobie. - wzrusza ramionami. Nawet się nie sili na dyskusje, chyba jak każdy człowiek na ziemi traktuje Cie trochę jak dziecko. Może wszystkich tak traktuje? Ferenczy jest zmęczony, czuje się przez to taki stary, że mu ta jasna skóra niemal pęka by pokazać zmarszczki.
Po prawdzie to i tak by go nie zjadł. Mógł być pijany w pizdę, a już nauczył się doświadczeniem jako truciciel i warzelnik, że większości przypadkowo otrzymanych produktów się nie dotyka. Szczególnie od szeleszczących halkami koleżanek chłopca, którego chce się wypatroszyć. Może przyszła tu celowo? Może Bjorkson już otrzymał od niego sowę i ta mała lolita przyszła z wendetą.
Ach jak mu było z tym całkiem wszystko jedno. Niech i tak będzie.
Pociąga kolejny, głęboki łyk i wzrusza ramionami nim zdążysz zareagować.
- Pół godziny. - odpowiada, a na jego ustach pojawia się jakiś taki mikro-uśmieszek, taki taki, że można zacząć się zastanawiać, czy się to widziało czy tylko chciało zobaczyć.
Ferenczy jaki z Ciebie po alkoholu niesamowity żartowniś. Dusza towarzystwa niemalże, lew salonowy, gwiazdor.
Jedna ze złotych żmijek-klamerek odwija się i skręca w sprężynkę łypiąc na Lojszę zielonym okiem.
Zadowala go, że Ci przeszło. Całe szczęście, że Ci przeszło. Stał na takiej szarej granicy zobojętnienia i szczęścia, że gdybyś zaważyła w tej chwili na jego samopoczuciu pewnie byłby Cię udusił gołymi rękoma, bylebyś mu nie burzyła tej ulotnej, krótkiej chwili szczęścia. Jak desperacko tego potrzebował to trudno jest nawet w przybliżeniu określić.
Wolną ręką sięga do kieszeni eleganckich spodni, wyciąga papieroska i wsadza go sobie w usta, wtyka, jakby wargi mu odjęło i były całkiem nieruchome.
- No dobrze, od godziny. - poprawia się znów z tym mikrouśmieszkiem. Ani palec mu nie drgnie, ani powieka. Zero nerwowych tików, zero drżenia palców, zero mrugających bez sensu oczu.
Panie Peterson, co pan?
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Oslo, Norwegia
Wiek : 26 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : nieznana
Status majątkowy : biedny
Zawód : nieznany

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Mesa   Nie Mar 22, 2015 8:03 pm

Loish nie potrafi nawiązywac interakcji z ludźmi i z punktu widzenia osoby trzeciej cisza pomiędzy Ferenczym i Lojszą mogłaby się wydać całkiem niezręczna, w końcu to ona przysiadła się do niego, ale Lojsza nie rozumie tego pojęcia, bo dla niej gapienie się w milczeniu jest czymś zupełnie naturalnym. Nawet jeśli się nie gapi, oczu nie wybałusza to i tak wygląda, jakby to robiła, nieszczęsna łania z ping-pongami. Jest tylko kilka osób, z którymi Lojsza potrafi komunikować się bez przeszkód i z żadną z nich nie ma obecnie kontaktu. Rodzeństwo. Bawiła się z nimi, tylko dlatego, że była to rzecz zupełnie naturalna, dzieciaki wybiegające z domu, buszujące w polu, wspinające się na drzewa, śmiechy, przecież śmiać może się każdy, Loish uważaj, Caleb biegnie w twoją stronę, Lojsza zawsze była szybka, nigdy nie dała się złapać, znajdowała najlepsze kryjówki, zrywała owoce z najwyższych gałęzi, przechodziła przez najmniejsze dziury i najwyższe płoty. Gdzie oni wszyscy teraz są? Lojsza nie wie. Pewnie każdy w innym kraju, każdy zajmujący się innym życiem, innym talentem, który dostał od losu, inna rodziną. Lojsza nie wie więc jak zagadać zupełnie obcą osobę, jeśli ta nie ma do niej żadnego interesu związanego z Lojszy pracą. Siedzi więc i obserwuje wszystko wokół przy okazji, chociaż oglądała już lokal kilka razy, po czym znowu wraca spojrzeniem do mężczyzny. Vincent Peterson pali papierosa a Lojsza nie. Bo Lojsza nie pali ani nie pije i nie lubi alkoholu wcale, bo on ogranicza jej i tak już ubogie możliwości intelektualne. Mogłaby powiedzieć o Elmo, ale po co? Elmo jest głupi, Lojsza go nie lubi. Elmo dowiedział się o niej, bo każdy z branży przecież wie o małej podpalaczce i kiedy ją spotkał, to przez sekundę nawet chciał poderwać, ale Lojsza nie wyłapuje flirtów i nawet gdyby Elmo, choć już stwierdziwszy, że ma przed sobą idiotkę, chciał jednak spróbować ją uwieść, to Lojsza nie zrozumiałaby, co właściwie ma miejsce. Lojsza rozpoznaje sytuacje na tle romantycznym tylko wtedy, gdy sama je inicjuje, a to zdarza się śmiesznie rzadko, zważywszy na to, jak na przykład wygląda. Kto by nie chciał choć raz skosztować takiej lalki, słodkiej, że aż mdli, małej, głupiutkiej, ognistej Lojszy. A ciastko zdaniem Lojszy leżało bliżej, niż o tam sobie, ale skoro Vincent Peterson go nie chce, to Lojsza chce. Bierze więc ciastko, odpakowuje z przeźroczystego celofanu i zjada. To jest bardzo dobre ciastko i niech Vincent Peterson żałuje, że nie skosztował, wcale by się nie zatruł, ale Lojsza nie wpadła na to, że Vincent Peterson ciastka nie chciał, przez to, że podejrzewał, że jest zatrute. Albo co gorsza, że Lojsza jest w komitywie z głupim Elmo. To by ją nawet uraziło troszeczkę. Kilka okruszków spada na chmurę koronek i tiuli, więc Lojsza strzepuje je bladą rączką. Oblizuje też palce i usta, jak to dziecko, które się lukrem wszędzie upaćkało, zamiast zjeść jak człowiek. Lojsza, jako że nie zwraca większej uwagi na ludzi nie zauważa też, że Vincent Peterson w magiczny sposób pozbył się swoich tików, jakiekolwiek zmiany, które zanotowałaby musiałby być dość diametralne. Jak zielone włosy, na przykład. Siedzi chwilę jeszcze i lustruje twarz Vincenta i myśli sobie, że od godziny to wcale niedługo, a ona już ma wrażenie, że ten smrodek lekki do niej dolatuje, więc postanawia niezwłocznie wziąć kąpiel z dużą ilością piany i musującą, truskawkową kulą do kąpieli.
- Papa. - Mówi Lojsza i wstaje i idzie sobie i szeleści tymi halkami. Papa, jakby dorośli ludzie wcale nie używali poważniejszych zwrotów, które wyjaśniają ich nagłe odejście od rozmówcy. Żadnego dobranoc, przepraszam, idę wziąć kąpiel, miłego wieczoru panie Peterson. Papa.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : V
Skąd : Kaposvár, Węgry
Wiek : 27 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny
Zawód : warzelnik

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Mesa   Sro Mar 25, 2015 5:14 pm

No i poszło. Było i nie ma. Dziękujemy Ci Loish Piniot za Twe hojne dary, nie, nie za ciastko, za Twe dary. Kiedy podnosić całą swoją szeleszczącą osobowość z kanapy Ferenc odpala papierosa. Niestety zaraz mu logika przebija się przez zamroczoną alkoholem świadomość z siłą lodołamacza i choć na Twoje "Papa" dziecinnie zwykłe odpowiada jedynie uniesieniem dłoni to jednak napina mu się mięsień lewego policzka.
Poszłaś se. Dzięki Ci, Lojsz.
Ferenc myśli za dużo, czasem przychodzą do niego chwile błogiej mentalnej słabości i tak jak dziś gnije na kanapie z butelką czegoś wysoce niezdrowego, jednak jest to nietrwałe. Rzadkie. Niebezpieczne. Wie dobrze przecież, że wtedy jego wypracowany przez lata pancerz jest najsłabszy. Najłatwiej go dotknąć, zranić miękkie podbrzusze i wypuścić wszystkie flaki. To, że w takim momencie pojawiła się tu Peruwianka to wielkie szczęście, które jednak zamiast dać mu poczucie ulgi - zaraz przywraca go do porządku. W Rumunii mógłby i zapewne byłby już w takiej sytuacji martwy. Palce prawej dłoni zaciskają się nerwowo, wskazujący lewej wystukuje swój szaleńczy rytm na wilgotnej powierzchni szklanki. Dzięki Ci Piniot za Twe hojne dary.
Dopala papierosa kilkoma pociągnięciami krzywiąc się koszmarnie jakby papieros smakował mu tymi wszystkimi klątwami i razami, jakimi poczęstowałby go stary Szentgyorgi wiedząc co dziś pozwolił sobie powyczyniać i gasi go niedbale w przepełnionej popielnicy.
- Gotta keep with it... - wyrywa mu się nie wiadomo skąd jakaś melodia zasłyszana przy barze i unosi zdziwiony brwi.
Wstać. Należy teraz wstać i wrócić do codzienności panie Szentgyorgi. Podnosi się odstawiając z hukiem szklankę na stół, choć wcale nie zamierzał bardzo hałasować i dopiero w pionie dochodzi no niego jak źle jest. Bo jest bardzo źle. W pionie zauważa, że tak na prawdę pion i poziom gdzieś się rozmywają i schodzą w jedną bliżej nieokreśloną płaszczyznę, która nie jest zbyt bezpieczna.
Ominięcie stolika zajmuje denerwująco duo czasu ale jakoś wychodzi, dojście do drzwi śmiesznie się wydłuża, bo przysiąc by mógł że raz jest ich bliżej raz dalej. Jest źle, jest taki słabieńki, taki łatwy w namierzeniu, aż złość sie w nim budzi, a Ferency bardzo rzadko się złości. Dobrze, że w tym całym ogromie nieszczęść wpadł na to, by zarezerwować sobie jedną koję. Okazuje się przecież, że koje są bezpieczne.
Następnego dnia, bladym świtem wychodzi. Jak Pies na obchód terytorium, jak bury kot szukać po śmietnikach resztek. taka Twoja praca Vincencie Petersonie, szukanie resztek po kanałach, śmietnikach, pubowych kątach. Do roboty królu złoty.

z/t
Powrót do góry Go down
Koło Wzajemnej Przyjaźni

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Minnesota, USA
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : Manôgemasiz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : zajmuję się gimbem

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Mesa   Wto Wrz 08, 2015 9:22 pm

Clairemina i Lambert rozkleili się, zanim ceremonia zaczęła się na dobre, ale nie mogę powiedzieć, bym był zaskoczony. Żałowałem natomiast, że sam nie zająłem się szukaniem świadka, chyba jednak za bardzo wierzę w rudą. Powiedziałem, by przyprowadziła kogoś sensownego, dlaczego zjawiła się z tym kretynem? Gdy próbowałem oponować, prawie się na mnie obraziła, w końcu trudniej o godniejszą osobę nad księcia. Ale. Ale Clairemino. Aaargh. Claudia stwierdziła, że jej wszystko jedno, prawdę mówiąc, dla mnie to też nie jest aż tak istotne, po prostu... dlaczego. Dlaczego Lambert. Zresztą nieważne.
Teraz chyba (poza Nannuraluk, która wygląda tak, jakby cało to zamieszanie niewiele ją obchodziło) ja i Claudia jesteśmy najspokojniejsi. Clairemina i Lambert - z tego co słyszę - chyba dyskutują o tym, na jaki kolor przemalować naszą sypialnię. Wielki Duchu, daj mi siłę.
Kiedy zjawia się oddelegowany urzędnik, uznaję, że najgorsze za nami, obrączki są na miejscu, dokumenty gotowe do podpisania. Tylko że chwilę po przyjściu pracownika ambasady magii drzwi znowu się otwierają, nie patrzę nawet w tym kierunku, to jakieś nieporozumienie, sala na dziś wieczór ma być pusta, więc zaraz ktoś wyprosi przypadkowych gości. Tylko że twarz Claudii bladnie nagle, więc odwracam się i. I. Carlo. I jacyś ludzie. Łapię odruchowo Claudię za rękę, bo strumień wchodzących do środka ludzi zdaje się nie słabnąć. Co oni tu robią? Mieliśmy być tylko my! Carlo uśmiecha się tym swoim colettiuśmiechem, ale nikt nie podchodzi, chyba dlatego, że urzędnik daje sygnał, że czas przejść do właściwej części uroczystości. Wraz z Claudią podchodzimy do niego, wiesz co, Claudio? Nie jestem już ani trochę spokojny...!
Ślub właściwie mija nam błyskawicznie, głównie dlatego, że ograniczyliśmy wszystkie przemówienia i formułki do niezbędnego minimum. Urzędnik, zniechęcony aż nazbyt formalnym statusem ceremonii, też nie garnie się do udzielania błogosławieństw i wygłaszania życzeń. Ledwo ogłasza nas mężem i żoną, a już zaczyna pakować świeżo podpisane dokumenty i kieruje się prosto do kominka. Dwie sekundy później już go nie ma. Wzruszam ramionami, patrząc na Claudię, co za szkoda, miałem nadzieję, że wybierze się z nami na uroczystą kolację.
Uroczystą kolację. To nagle nie brzmi tak śmiesznie. Odwracamy się w końcu do tłumu Colettich, nie puszczam ani na chwilę ręki Claudii. No. Dobrze. Więc. Ty z nimi rozmawiasz.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Palermo, Włochy
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny
Zawód : ratuję mangozjebasaki

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Mesa   Wto Wrz 08, 2015 11:09 pm

Clairemina wczoraj średnio co godzinę próbowała przemówić nam do rozsądku i wywabić z pokojów. Nie wiem, w czym jej przeszkadzało to, że chcieliśmy cały ten dzień spędzić razem. W zamkniętym pokoju. W łóżku. Nago. Próbowała chyba wszystkiego, grożąc mi jakimiś ślubnymi przesądami, naprawdę jakbym się tym przejęła. Nie wzięłabym sobie tego do serca nawet, gdybym brała ślub na poważnie. W końcu wyszłam i uświadomiłam ją, że jeśli nie przestanie to skleję jej buzię i nie będzie się mogła sama odczarować, bo mam specjalny klej na dziewczynki, który wyjątkowo nie zawiera brokatu.
Uwierzyła mi. Idiotka.
Dzisiaj rano próbowała jeszcze raz, chociaż wysłała Lamberta. Świetny ruch. Tak, wiem, że pan młody nie może widzieć panny młodej w sukni przed ślubem. Tak się składa, że pan młody sam mi zapiął zamek na plecach.
Nie jestem zdenerwowana, chyba z nudów poprawiam mu ten krawat, kiedy otwierają się drzwi i. O. Nie. Zerkam szybko na Hubbę, ale ona by się nie wygadała. Clairemina czy Lambert? Para kretynów poważnie i…
Nie. To wcale nie jest spora część mojej rodziny, to tylko moi chrzestni. Z dziećmi i wnukami. I ich donośne głosy, słabo mi się robi, kiedy mi machają i znajdują sobie miejsca, napotykam wzrok Carla i automatycznie skacze mi ciśnienie w górę. Ty. Gnojku.
Ceremonia, tak, tak. Błądzę jednak jeszcze przez parę sekund spojrzeniem w tłumie, ale nie ma papy, oczywiście, Carlo nie jest aż takim idiotom, by go sprowadzać, nawet, jeśli czuje się lepiej. Poza tym, ojciec pewnie nawet się tym nie przejął. To tylko ślubik starszej córki.
Denerwuję się, nawet nie przez ten numer, ale przez to, że wszyscy na nas patrzą i nie wiem, czego oczekują. Dzieciaki zawodzą. Zrobił to specjalnie? Sprowadził kuzynki z rodzinami, żeby mi przypomnieć, że moja nigdy tak nie będzie wyglądać? Nie wiem. Może aż tak mną pomiata.
Dobrze, szybko. Może jednak trochę to opóźnimy? Trochę. Troszkę. Nie. Musimy temu stawić czoła. Moja rodzina nie wie, dlaczego to robimy, więc musimy zachowywać się tak, jakbyśmy się cieszyli z obecności, jakbyśmy, jakbyśmy…
się
kochali.
Odwracam się, a ty łapiesz mnie za rękę, ale od razu nas od siebie oddzielają, kiedy każdy członek mojej rodziny na raz chce złożyć nam życzenia. Nawet nikomu nie dziękuję, nie ma sensu, w takim szoku i chaosie jestem, dawno nie słyszałam, by ktoś tak wrzeszczał. Dawno nie byłam w Palermo. Wyłapuję Carlo opartego gdzieś o kolumnę, wyglądającego, jakby świetnie się bawił. I zapewne tak jest. Chcesz tak grać, bracie? Niech tak będzie, zatem. Zerkam na Yumę. O nie. O nie, nie, nie, nie. Tylko nie kuzyn Flavio. To nie twój teren! Zaraz, dlaczego mnie to tak. Przecież. Przecież nie jesteśmy z Yumą razem ani. Nie wiem. My tylko. Przyjaźnimy się. I postanowiliśmy poszerzyć naszą znajomość o erotykę i. I jesteśmy małżeństwem, to nic nie znaczy. O nie, Flavio, nie waż się go całować. Nawet, jeśli tylko w policzek, już ja widziałam twój policzek! Jebany drugi Carlo, tylko z angielskim w małym palcu, ale ci się upiekło co? Gdybym wychodziła za Norwega nie zamówiłbyś z nim ani słowa!
Wujek Ezio! Wujek Ezio to mój chrzestny ojciec i chyba jedyna osoba, z której obecności się właśnie ucieszyłam. Wujku Ezio, ratunku!
Wujek Ezio w pełnej gotowości, z typowym dla siebie spokojem ucisza gości i obejmuje mnie i nachyla się do mnie, łaskocząc mnie wąsem w ucho. Przeprasza, ale nie chciał, by ta ciota Carlo doprowadził mnie na skraj załamania nerwowego. Uśmiecham się, mimo wszystko i szukam dłoni Yumy. Pogratuluj mężowi cudownej żony. Panie i panowie, Ezio Coletti.
Chyba faktycznie bym bez niego zwariowała, chociaż ściągnął wszystkie swoje wnuki. Nie szkodzi. Widzę, że już dwie księżniczki w wieku lat czterech walczą o drugą dłoń Yumy.
Jestem zła. Ale rozbawiona. I zaniepokojona. I chyba trochę szczęśliwa. I trochę tego za dużo.
Ciotka Ella podchodzi ściskąjąc mnie drugi raz, pytając jak mogłam sądzić, że pogniewa się na mnie rodzina, jeśli wyjdę za mąż nie zważając na ostatnie wydarzenia i chorego papę. Ah. A więc taką bajkę im sprzedał Carlo. Romantyczną miłość. Uważaj, Carlo. Już ja ci znajdę romantyczną miłość. You have no idea.
Powrót do góry Go down


PisanieTemat: Re: Mesa   Today at 9:10 pm

Powrót do góry Go down
 

Mesa

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Oslo :: Okolice :: Ingenmannsland-