Bank Gobliński

PisanieTemat: Bank Gobliński   Pon Kwi 27, 2015 11:24 pm

Bank Gobliński
Zainicjowany przez Ragnuka Pierwszego bank stał się pierwszą od czasów goblińskiej rebelii osią porozumienia pomiędzy dwoma rasami. Prowadzony przez te niezwykle inteligentne i przebiegłe stworzenia przybytek obsługuje wielu klientów ze wszystkich stron świata. To jedno z najbezpieczniejszych miejsc, które głównie jest cenione przez najstarsze i najbogatsze rody czarodziejów. Legendy głoszą, iż bezpieczeństwa podziemnych skrytek pilnuje smok, jednak dotychczas nikt tych plotek nie potwierdził. W końcu niełatwo jest wyrwać się ze szponów wygłodniałej bestii.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Bindalseidet, Norwegia
Rok nauki : V
Wiek : 15 lat
Jestem : za Protagonistami
Genetyka : jasnowidz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : gimb

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Bank Gobliński   Czw Kwi 30, 2015 11:03 pm

Byłam tu raz, ale tylko w przedsionku. Miałam cztery, czy pięć lat, pamiętam tylko zdobione drzwi i klamki, które były wtedy tak wysoko. Mama mówiła poczekaj Klermino, więc czekałam. Po drugiej stronie ulicy dziewczynka wychodziła z cukierni z tatą i lizakiem, a więc tym, czego mnie brakowało. Mama nie kupowała mi słodyczy, bo ich nie lubiła. Nigdy nie mogłam tego pojąć, mnie słodycze smakowały bardzo, odkryłam to bardzo szybko, kiedy tylko bywałyśmy na jakiś dziwnych bankietach, urodzinach cioć i wujków, których nie znałam. Poczęstuj się kochanie, a drobna, blada rączka sięgała nieśmiało po smakołyk, jeszcze bardziej zawstydzona wkładałam go do ust. Najlepiej jeśli to były wypieki domowe, które rozpływały się w ustach, myślę, że pokochałam ciastka i desery już w bardzo młodym wieku, jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że sama mogę je piec. A ta cukiernia stoi jeszcze. Tylko jest trochę inna. Pewnie ma nowego właściciela, wystrój i menu. I wszystko. A więc to nie ta sama cukiernia, prawda? Może wejdziemy do niej po wszystkim…? Winda zatrzymuje się i rozsuwają się drzwi z ciężkim zgrzytem ukazując nam długi, pogrążony w półmroku korytarz, sprawiając, że biały marmur ścian i podłogi wydaje się smutnoszary. Zerkam na Yumę, ale nie mówię nic. Bo i co? Co można w takiej sytuacji powiedzieć? No to idziemy? Ale długi korytarz? Trochę ciemno, nie?
Bez sensu. Wolę nie mówić mu nic i ruszam po prostu. Idziemy tak, ramię w ramię, póki co, bo obawiam się, że w końcu o trochę go przerosnę. Moja mama też była taką chudą tyczką, babcia Anna też. Wolałabym jednak zatrzymać się na takim etapie i nie wyciągać się już w górę. Nie lubię zwracać na siebie uwagi, a wystając ponad tłumem niestety będę przykuwać wzrok innych. Nasze kroki odbijają się echem, ale z każdym z nich, znajdująca się najbliżej nas lampa świeci się intensywniej. Byłoby wręcz nastrojowo, gdyby nie ogromny chłód, dłonie mam już całe zmarznięte i zesztywniałe. Tak, jak kark. Ale może to z przejęcia. Patrzę na numer każdej ze skrytek i w końcu docieram do Brohlowej. Właściwie to do… naszej.
Mijam ją jednak i idę jeszcze parę metrów dalej, nie wiem, czy Yuma zauważył, ale dopiero po chwili wracam się i staję przed marmurową ścianą. No dobrze, to co. To wchodzimy. No nie? Wkładam biały kluczyk w zamek w ścianie i przekręcam, dopiero wtedy pojawia się zarys drzwi, które jednak szybko ustępują nam miejsca, rozsuwając się na boki. Ciemno przez sekundę, potem cały skarbiec świeci jakby sam z siebie. Magia jest nielogiczna. Wchodzę i rozglądam się, wszystko błyszczy. Sądziłam, że będzie duszno, ale nie. Nie wiem, jak się poruszać, żeby żadnego ze stosów złotych monet nie strącić. Przechadzam się więc między alejkami, z rękami splecionymi przed sobą, patrzę sobie to tu, to tam i zastanawiam się. Co my zrobimy z takim majątkiem.
Powrót do góry Go down
Koło Wzajemnej Przyjaźni

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Minnesota, USA
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : Manôgemasiz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : zajmuję się gimbem

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Bank Gobliński   Pią Maj 01, 2015 1:48 am

Chyba bym skłamał mówiąc, że się w ogóle nie stresuję, chociaż tak na dobrą sprawę nie mam czym. Podjęcie pieniędzy z banku to przecież standardowa procedura (inaczej banki raczej nie miałyby racji bytu, nie wiem po co ktokolwiek chciałby odkładać gdzieś swoje zarobki, by później nie móc ich swobodnie odebrać), nie da się jednak ukryć, że w takiej sytuacji znajduję się pierwszy raz. Czuję się trochę niezręcznie z tym, że to Clairemina musi przejmować inicjatywę i prowadzić mnie, przecież to ja jestem jej opiekunem. Staram się nadrabiać stoickim spokojem, co nie przychodzi mi łatwo. Nikomu o tym nie mówiłem, ale chyba mam drobny problem z klaustrofobią - zresztą, może to tylko kwestia przyzwyczajenia? Zazwyczaj rozpościerało się nade mną otwarte niebo, nic dziwnego, że ze świadomością bycia kilka metrów pod ziemią jest mi nieswojo.
Znajdują się tu setki skrytek. Zastanawiam się, ile mogą być warte wszystkie pieniądze zgromadzone w banku. Dla ludzi pieniądze są wartością samą w sobie, niektórzy aż nie mogli uwierzyć, że niemal całe życie radziłem sobie bez nich. I raczej nigdy nie uda mi się zrozumieć tej mentalności, która nawet żywność wycenia w walucie. To znaczy: to talar nosi w sobie wartość posiłku, nie posiłek talara. Pięćdziesiąt tysięcy talarów runicznych znaczy cokolwiek tylko dlatego, że można za nie kupić dom. A zresztą.
Swoją drogą, nie zauważyłem, by większość ludzi, która kradnie, robi to faktycznie dlatego, że nie ma co jeść i gdzie mieszkać.
Zatrzymuję się przed skrytką Brohlów i z pewnym zdziwieniem zauważam, że Clairemina idzie dalej. Pomyliłem numer (niemożliwe!), czy...
Ach, tak. Pewnie chodzi o uczucia.
Właściwie, nie pamiętam, bym dużo rozmawiał z Claireminą na temat jej rodziny. Może to odpowiednia chwila, by powiedzieć coś mądrego i empatycznego, ale nic odpowiedniego nie przychodzi mi do głowy. Spójrz, Clairemino, zaraz zobaczymy, co zostawiła dla ciebie matka? Nawet nie wiem, czy "zostawiła dla ciebie" to dobre sformułowanie, w końcu sugeruje jakąś celowość, a przypuszczam, że Andrea po prostu zabrała tyle, ile potrzebowała i zniknęła, a wszystko, co wydało jej się zbędne (rodowe oszczędności w banku, rodzinna willa i rodzona córka) porzuciła na pastwę losu.
Wiesz, Claire, nie mogę ci obiecać, że nie będę robił błędów (chociaż prawdę mówiąc zdarzają mi się statystycznie dużo rzadziej niż większości osób, jakie kiedykolwiek znałem, więc prawdopodobieństwo jest raczej nikłe), ale daję słowo, że będę się starał.
Zacząłem nawet czytać książkę o nastoletnich dziewczętach. Jestem przerażony.
Przepuszczam Claireminę pierwszą, wchodzę jednak zaraz za nią. Muszę mrużyć oczy przez ten blask i, jeśli mam być szczery, jestem chyba trochę oszołomiony. W porządku, ostrzegałaś, że masz całkiem sporo pieniędzy, ale nie wiedziałem, że mowa o aż tak gigantycznych kwotach.
Na wielkiego ducha, ja mam rozporządzać takim majątkiem? Na samą myśl robi mi się słabo.
- To dużo więcej, niż potrzebujemy - zauważam ostrożnie, ja cię znam, Clairemino. Zaraz zaczniesz myśleć o tych wszystkich biednych dzieciach i będziesz rzucać im pieniądze przez okno, a za jakieś półtora roku będziemy się zastanawiać, jak zapłacić czynsz, bo cały majątek zdążysz rozdać ubogim.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Bindalseidet, Norwegia
Rok nauki : V
Wiek : 15 lat
Jestem : za Protagonistami
Genetyka : jasnowidz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : gimb

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Bank Gobliński   Wto Lip 07, 2015 12:35 am

Wiesz co. Nie wiem, czy to chcę. Nigdy nie byłam bogata. Mama była, owszem, ja nie. Miała piękne suknie i mogłam siedzieć na drogich fotelach, ale później, kiedy mnie zostawiła nigdy nie uważałam, że pieniądze są mi wybitne potrzebne. Jasne. Na książki, na ubrania. Na kino czasem. Ale nie potrzebowałam tych rzeczy, którymi ona się otaczała. A na pewno nie takich drogich. Drogocennych. Z najwyższej półki. Nie jestem pewna, czy to wynikało z jej próżności, matka nie była próżna. Była sprytna. W tym owijaniu się perłami musiał być jakiś cel. Wszystko miało ukryte dno, niczego nie robiła ot tak, po prostu, nawet wypicie południowej herbaty było czymś motywowane, zwłaszcza wybór miejsca spożytkowania. Przechadzam się dalej błyszczącymi alejami, jest duszno, wręcz cuchnie od materialnego nadmiaru bogactwa, staram się nie dotykać niczego, garbiąc się, by nawet ramiona trzymać jak najbliżej ciała.
Docieram do oszklonego regału pełnego dziwnych, kryształowych waz. Myśloodsiewni? Innych dziwnych przedmiotów pięknych prawdopodobnie nie mających konkretnego zastosowania. Ot, broholowe pamiątki rodzinne. Dopiero kiedy podchodzę bliżej widzę, że niektóre z małych pucharków lub cukierniczek mają grawerowane imiona. Otwieram gablotę i szukam Andrei. Trudno mi ją wyłowić spośród tylu imion, przysięgam, leżą tu chyba całe pokolenia. Znajduję. Kryształowy koszyczek barwiony na różowo. W środku jakieś kamienie. Ciężkie. Potem przenoszę wzrok za koszyczek i widzę drugi, seledynowy. Clairemina. Nigdy go nie dostałam. Nie czuć od nich magią, to jakieś zwykłe pamiątki. Wnioskuję, że prezenty, które daje się świeżo po narodzinach. Czemu nigdy mi go nie dała? Nie żeby mi zależało, szczególnie teraz, na pamiątce po tym fantastycznym rodzie, ale jednak czuję ukłucie żalu. I chyba nawet trochę jestem zła. Na ten różowy koszyczek. Głupi, różowy koszyczek.
Zabieram go i odchodzę na kilka kroków. Co, mamo, taka zawsze byłaś ulotna, sprawdzę jak sobie teraz poradzisz. Biorę rozmach i rzucam koszyczkiem Andrei w gablotę. Przednia szyba pęka, robiąc mnóstwo hałasu, a kryształ ląduje na innych naczyniach, niosąc za sobą jeszcze więcej huku. Szklane półki pękają kolejno i pamiątki upadają na siebie niszcząc nawzajem swoje idealne, oszlifowane oblicza. A wszystko to za sprawą Andrei. Drżą mi dłonie, więc wnioskuję, że jestem bardziej zła, niż przypuszczałam. Tak, jestem zła, przyśpieszył mi się oddech. Nie chcę tych cholernych pieniędzy. Odwracam się na pięcie i wracam tą samą drogą, którą przyszłam, wzrok mam twardo utkwiony w jeden punkt, którego w zasadzie nawet nie widzę.
- Majątek jest twój - mruczę do Yumy, kiedy wreszcie go mijam. Zabierz sobie ten cały kluczyk z drzwi, zrób z nim co tylko zechcesz. Możesz trochę przelać na sierociniec. Później cię o to poproszę. Teraz jestem zagniewana, zbyt bardzo, żeby odwołać swoje postanowienie, że nie ruszę tych pieniędzy, chociaż fakt faktem, dzieciom mógłby on bardzo pomóc. Ja nie będę jeść ziemniaków kupionych za majątek Brohlów.
Powrót do góry Go down
Koło Wzajemnej Przyjaźni

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Minnesota, USA
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : Manôgemasiz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : zajmuję się gimbem

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Bank Gobliński   Wto Lip 07, 2015 1:13 pm

Zorientowałem się o chwilę za późno. A przecież mogłem to zauważyć wcześniej - to, jak patrzy, to, jak chodzi. Nie wiem, czy to cokolwiek by zmieniło. Zatrzymałbym jakoś ten wybuch, gdybym wiedział, że nadejdzie? W chwili, gdy podnosi kryształowy koszyczek, jeszcze nie podejrzewam, co zaraz się stanie, orientuję się dopiero, gdy odchodzi na kilka kroków i przystaje.
- Clair... - próbuję ją ostrzec, ale spóźniam się o sekundę. Zaciskam powieki, kiedy roznosi się huk tłuczonego szkła. Ta kryształowa apokalipsa trwa jeszcze chwilę. Otwieram oczy i rzucam przeciągłe spojrzenie na dziewczynę, na Wielkiego Ducha, dlaczego wszystko musi rozwiązywać w ten sposób? Przejdzie jak ogniste tornado i zostawi zgliszcza, przecież potrafisz myśleć, Clairemino, jesteś zła, w porządku, możemy przecież o tym porozmawiać.
Nie jest jeszcze całkiem cicho. W powietrzu wibruje specyficzny, niski dźwięk, jakby któryś z kryształowych eksponatów ledwie chybotał się gdzieś na krawędzi szklanej półki.
Co mam jej powiedzieć? Wzdycham tylko ciężko, po prostu weźmy tyle, ile potrzebujemy na zaspokojenie najbliższych wydatków i chodźmy stąd. Szkoda tylko, że nie przewidziałem, że to jeszcze nie koniec. Słowa Claireminy niemal namacalnie uderzają mnie w twarz - przez chwilę po prostu stoję, nie dowierzając, że powiedziała to naprawdę. Och, świetnie, Claire, dziękuję uprzejmie za te niespodziewane miliony. Mam się z tego powodu cieszyć? A ty, na złość wszystkim żywym i martwym Brohlom, będziesz mieszkać pod kartonowym pudełkiem i na obiad jeść przedwczorajsze ziemniaczane obierki?
- Dziwne, miałem cię za rozsądną dziewczynę - rzucam może za bardzo kąśliwym tonem, więc wzdycham raz jeszcze i szybko doganiam Claireminę, zagradzając jej drogę. - Może to nie jest dla ciebie... do końca łatwe. Ale to tylko pieniądze. Potrzebujesz ich, Clairemino. - Rozumiesz? To nie jest twoja matka, którą teraz w zemście porzucasz ty. Myślę, że Andrei w ogóle nie obchodzi, czy kiedykolwiek podejmiesz należny ci majątek. Kładę jej dłonie na ramionach, doprawdy nie jest mi łatwo ją pouczać, jakby była małym dzieckiem, a nie prawie dorosłą kobietą. - Dlatego wybierzemy teraz ułamek tej gigantycznej kwoty i wrócimy do domu, a przez następny miesiąc w ogóle nie będziemy myśleć o tych wszystkich talarach.
Jeśli o mnie chodzi, to bardzo dobry plan.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Bindalseidet, Norwegia
Rok nauki : V
Wiek : 15 lat
Jestem : za Protagonistami
Genetyka : jasnowidz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : gimb

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Bank Gobliński   Wto Lip 07, 2015 2:25 pm

A więc jestem nierozsądna. Z wszystkich wad, które posiadam, musiałeś zarzucić mi tę, obok której nigdy nawet nie stałam. Mogłam być dziecięco naiwna, ale nigdy nie byłam nierozsądna, Yumawikvayatawo Yahto. Masz rację, oczywiście, że masz rację, przecież to wiem, przecież wiem, że potrzebuję, że potrzebujemy pieniędzy. Wiem, że to impuls. Ale i tak mnie teraz zdenerwowałeś. Naprawdę stoję teraz tak przed tobą i usiłuję nie sapać ze złości, zaciskam wargi co rusz, biorę wdech nosem, szybki, ale głęboki, od kilku sekund nie potrafię inaczej, to automatyczny proces. Czuję, jak płoną mi policzki, jakby wciągnęły cały żar ze mnie i z tej skrytki, dusznej i gorącej, przysięgam, lada chwila zobaczę kątem oka jak znad złotych powierzchni unosi się para wodna jakby ktoś wylał wodę na patelnię z rozgrzanym olejem. Nie kładź mi dłoni na ramionach, nie kładź mi dłoni na ramionach. Powiedziałam, Yumawikvayatawo, nie kładź…
Za późno. Przymykam powieki. Ten rodzicielski gest irytuję mnie bardziej niż słowa, które wypowiadasz, ludzie przecież zawsze wokół coś paplają, moralizatorskie mowy, chociaż sami mogliby słuchać swoich własnych rad, a ty zwłaszcza - stale tylko się irytujesz, kiedy tylko otworzysz paszczę. Zawsze ci odpuszczam, zawsze obracam to w żart, uśmiecham się, droczę się z tobą, czasami podejmę dyskusję na poważnie, ale bardzo rzadko, przecież wiem, że musisz mieć ostatnie zdanie, ostatnie słowo. Jesteś mi najbliższym przyjacielem, Yumawikvayatawo, ale nie zaczynaj swoich praktyk pedagogicznych teraz. To nie jest dobry moment, wierz mi, zostaw, odpuść, bo ja nie chcę być częścią tego, co może nadejść, a czuję, jak pod skórą gromadzi mi się magma. Biorę kolejny wdech i wydycham to wszystko nosem, dziwiąc się, że nie paruje mi z dziurek jak bykowi w kreskówkach. Zabierz ręce. Nie prowokuj mnie. Yumawikvayatawa. Nie. Prowokuj. Mnie.
Otwieram oczy i czuję jakby cała twarz mi się zapadła, płoną mi gałki oczne, wypalam nimi w twoich źrenicach dziury, aż się wylewa wszystko ze środka, cała ciemna, buraczana ciecz, nie pada na mnie, a mimo to widzę cię na bordowo, jakby to mnie zalało gałki. A potem jest coraz ciemniej i ciemniej i w końcu twoje włosy nawet, najjaśniejszy punkt, znikają dla mnie, ale ułamek sekundy i skrytka wraca, bez ciebie. Drzwi otwierają się i zamykają, w szybkim tempie złote stożki zmieniają swoją objętość i położenie, choć skarbiec wciąż jest pełny. Ludzie wchodzą i wychodzą, miotają się płynnie, w sposób, w jaki człowiek nie jest w stanie się poruszać w czasie rzeczywistym. Wielkie, smutne oczy, wąskie wargi, włosy płoną rudością lub świecą słomianymi odcieniami. Rzadko pojawi się jakaś krótko ścięta czerń, Kapelusze. Długie, płaszcze, ostrożne, nieufne kroki, inne są zamaszyste, to zlepek zupełnie różnych ludzi, choć wiem, że w ich żyłach płynie ta sama krew. Nie wiem, ile pokoleń mnie minęło, nie robią nic ekscytującego, po prostu są, wchodzą, wychodzą, kręcą się, wpłacają, wypłacają, widzę ich blade twarze i odnalazłabym je z pewnością w rodzinnych albumach. Mam wrażenie, że czas jednocześnie przyspieszył i zatrzymał się. Na samym końcu, kiedy w powietrzu nie ma już prawie wcale tlenu, wchodzimy my, przemieszczamy się szybko, ulotni jak ścieżka zaklęcia, dopóki nie stajesz przede mną i nie kładziesz mi znów dłoni na ramionach. I mimo że teraz przeskoczyłam teraz kilka wieków i upłynął w jednej chwili dla mnie czas, moja złość tak naprawdę nie zelżała ani odrobinę. Gwoździem do trumny jest wizja, która nie wiem na jaką cholerę była, skoro nic nie wniosła. Yumawikvayatawo, zabierz swoje ręce.
Powrót do góry Go down
Koło Wzajemnej Przyjaźni

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Minnesota, USA
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : Manôgemasiz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : zajmuję się gimbem

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Bank Gobliński   Wto Lip 07, 2015 3:06 pm

Świetnie. Patrz dalej na mnie tak, jakbym był odpowiedzialny za wszystkie nieszczęścia, jakie kiedykolwiek ci się przydarzyły. Wybacz, że przeszkadzam w przeżywaniu tego cudownego ja-kontra-świat momentu, posiadanie sojusznika musi być niezręcznie niewygodnie w chwili, gdy chcesz jeszcze raz rozdrapać swoje rany i poupajać się własnym poczuciem skrzywdzenia. Tak, jeśli tak bardzo tego potrzebujesz, ja też mogę być winny. Winny koszmarnemu przewinieniu, jakim jest poinformowanie cię, że zachowujesz się jak nierozważne dziecko. Tupnij nogą, odwróć się i nie odzywaj się do mnie przez tydzień, to będzie idealne zwieńczenie tej rozmowy.
Mam ochotę po prostu stąd odejść, zostawić cię tu, nie interesując się wcale tym, czy trafisz bezpiecznie do domu, ale dobrze wiem, że pożałowałbym takiego zachowania szybciej, niż myślę. To ja z naszej dwójki mam być dorosły, prawda? Szlag by to, dopadają mnie wątpliwości, czy na to się pisałem, nie było dotąd mowy o tym, że Clairemina będzie wyżywała się na mnie za swój gniew do matki.
Chcę ją puścić, odprowadzić do domu, a potem zaszyć się gdzieś do północy, słowo daję, że mam jej dosyć na dzisiaj. Tylko że wówczas w jej oczach pojawia się coś nieobecnego - dobrze znam ten stan, więc zaciskam dłonie trochę mocniej, zaniepokojony.
- Clairemino...? - pytam, zmartwiony, ale Claire zaraz wraca; ta wizja była najwidoczniej dość krótka. Wtedy dopiero się od niej odsuwam, nie pytam, co zobaczyła, chociaż zawsze pytałem. Nie z ciekawości; wśród Manôgemasak jasnowidztwo jest dosyć powszechne, istnieje u nas zwyczaj, gdzie jasnowidz każdą wizję przedstawiał za pomocą kolorowego proszku, by potem patrzeć, jak zwiewa ją wiatr. To ponoć ma pomóc oczyścić umysł, wiecznie atakowany przez niepokojące obrazy. Nie sądzę, bym zainteresował Claireminę manôgemaskimi mandalami, ale wierzę, że opowiadając o swoich wizjach łatwiej jest jej później o nich zapomnieć.
Teraz to nie jest dla mnie aż tak bardzo istotne. Odwracam się od niej i robię krok do przodu.
- Podaj mi klucz. - Wyciągam rękę, dalej na nią nie patrząc. - I czekaj na mnie w holu. - Nie przyznam jej się, że dalej gubię się w czarodziejskich pieniądzach i nie wiem, czy przypadkiem nie podejmę śmiesznie niskiej kwoty albo takiej, za którą moglibyśmy wybudować sobie własny park rozrywki. Po prostu idź, Claire, i pomorduj sobie wzrokiem któregoś z goblinów, a nie mnie.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Bindalseidet, Norwegia
Rok nauki : V
Wiek : 15 lat
Jestem : za Protagonistami
Genetyka : jasnowidz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : gimb

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Bank Gobliński   Wto Lip 07, 2015 4:09 pm

Nigdy, przenigdy nie chciałabym skrzywdzić Yumy ani rozstawać się z nim, ale przysięgam, mam go tak dosyć, że zrobię sobie chyba przerwę od niego. Już wolałam, kiedy spędzał ze mną każdą chwilę ale nie był związany prawnie. Chociaż nie, co ja myślę, Odynie, co ja myślę, to nieprawda! Ale wciąż jestem zła. Ale przepraszam, nie chciałam, aby tak wyszło, masz rację, jestem dzieckiem. Tylko całe te pieniądze zbrukane. Nie dziw mi się, że tak reaguję! Traktujesz mnie jak rozwydrzoną nastolatkę, a ja sobie na to nie zasłużyłam! Może tylko dzisiaj tak, ja wcale nie chciałam rzucić tym koszyczkiem. Boli mnie brzuch. Policzki mi dalej płoną, nie jestem pewna czy z gniewu dalej, może na siebie, wydaje mi się, że to jednak ze wstydu bardziej, ależ mi głupio.
Za plecami Yumy kręcę energicznie głową, przeszedł mnie dreszcz, za dużo sprzecznych emocji, za dużo emocji w ogóle. Wyjdźcie z mojej głowy, wyjdźcie wyjdźcie wszyscy, nie zniosę tego, nienawidzę tego. Nie, to nieprawda, nie ma rzeczy, której nienawidzę, przepraszam myśli, nie nienawidzę was, co najwyżej bardzo nie lubię. Ale wynoście się! Podnoszę dłonie do głowy i zaciskam na włosach, czuję, że zaraz wybuchnę, nie mogę siebie jednocześnie ganić i przepraszać zganione cząstki za negatywny wybuch. Już, już, już, już. Raz, raz, raz, raz. Wdech, wdech, wdech, szybki oddech, palpitacje. Szybko odrzucam fale drżącego niepokoju i narastającej paniki, odrzucam histerię cisnącą mi się do oczu. Clairemina nigdy nie panikuje, nigdy nie histeryzuje, jedyne ataki, które są dozwolone w moim życiu to wizje. W ogóle nie jestem słaba psychicznie, jestem nie do złamania. Jestem znacznie silniejsza, niż wam się wydaje, przeklęci Brohle!
Wyrwałam sobie kilka włosów wraz z cebulkami. Wyrzucam je szybko na podłogę, strzepuję z palców, poprawiam rozczochraną fryzurę, zanim Yuma w ogóle się zorientuje, co się dzieje. Prostuję się i mijam go, wpatrzona w wyjście na korytarz. Trzymaj się tego. Trzymaj się tego. Płytki na korytarzu. Powietrze. Magiczne drzwi, a w nim klucz. Musisz tylko go wziąć, oddać Yumie, poczekać sobie na niego, wszystko będzie dobrze. Zatrzymuję się. Załamują mi się kolana. Stój prosto, stój prosto, nie kucaj, nie kucaj, nie kucaj, wyprostuj się, Clairemina, kryzys zażegnany, idziemy przed siebie, hop, zrób krok, idziemy, idziemy. Nic się nie dzieje. Nic się nie dzieje.
Idę. Nie idę. Idę znowu. Przy kolejnym wydechu wyrywa mi się z gardła jedna, niepotrzebna, zaniepokojona nutka. Ignoruję ją czym prędzej, uważnie wpatrzona w drzwi tak intensywnie, że mrużę swoje powieki, aby wyeliminować rozpraszające mnie elementy otoczenia znajdujące się w zasięgu mojego wzroku. W końcu docieram do magicznych drzwi, zastanawiam się, czy jeśli wyjmę z nich kluczyk to znikną, ale nic się nie dzieje. Wracam do Yumy, tym razem jego białej czupryny czepiając się jak koła ratunkowego. Klucz ląduje na dłoni, a ja odwracam się i przemierzam po raz kolejny trasę do drzwi, stawiając ociężałe kroki, zatrzymując się po każdym odrobinę za długo, żeby mogło to być uznane za płynny chód.
Powrót do góry Go down
Koło Wzajemnej Przyjaźni

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Minnesota, USA
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : Manôgemasiz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : zajmuję się gimbem

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Bank Gobliński   Wto Lip 07, 2015 6:51 pm

Nie rozmawiałem o tym z Claireminą, ale ostatnio sporo czytałem o jasnowidzach. Głównie o tym, jak reagują na swoje wizje. Większość z nich niemal natychmiast po nich powracała do normalnego stanu, chyba że doświadczyli wizji tak paraliżująco potwornej, że nie mogli do niej dojść do siebie. Claire przeważnie ciężko je znosiła niezależnie od ich charakteru. Nie wiem, czy to powód do niepokoju, ale wolę być mimo wszystko przygotowany.
Mimo starań Claireminy zauważam przecież, że coś jest nie tak i w związku z tym całe moje nastawienie się zmienia. Jestem jednocześnie mniej i bardziej zły. Mniej, bo jednak na pierwszy plan wysuwa się zmartwienie, bardziej, bo nie ma nic bardziej denerwującego niż złość, której nie pozwoli się do końca strawić, tylko szybko zastąpi się jakimś innym uczuciem. Na Claireminę nigdy nie gniewałem się długo, głównie właśnie dlatego, że zaraz zaczynałem się o nią martwić lub czuć (nie mówcie jej tego) wyrzuty sumienia.
- Nie, nie, czekaj - mówię szybko, chowając klucz do kieszeni, i idę za nią, chwytam ją znowu za ramię, ale wtedy sobie przypominam, bo co tu w ogóle przyszliśmy. Schylam się i po prostu napycham kieszenie garściami monet, nie patrząc na nominał. Potem prowadzę Claireminę ku wyjściu, na korytarzu dociera do mnie konieczność zamknięcia drzwi, gdzie schowałem klucz, ach, tak, tutaj.
Wrota zatrzaskują się za nami, a ja mam niejasne poczucie, że o czymś zapomniałem, jak zawsze, gdy opuszczam jakieś miejsce w pośpiechu. To samo czułem, gdy ostatecznie porzuciłem dom, chociaż do dzisiaj nie ustaliłem, co tam zostawiłem.
Gdy tak zmierzamy w stronę marmurowych schodów, dopadają mnie wątpliwości. Może ja po prostu nie potrafię zaopiekować się Claireminą? Może potrzebuje kogoś zupełnie innego. Bardziej czułego czy łagodnego. Mimo wszystko staram się o tym teraz nie myśleć, tak czy inaczej jest ona teraz ze mną, więc muszę się zatroszczyć o nią najlepiej, jak potrafię. Priorytet na teraz: zapewnić jej zdecydowanie więcej tlenu.

Yumawikvayatawa i Clairemina z tematu
Powrót do góry Go down


PisanieTemat: Re: Bank Gobliński   Today at 9:07 pm

Powrót do góry Go down
 

Bank Gobliński

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Oslo :: Centrum Oslo-