Albert Fågeldrup

avatar

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Oslo, Norwegia
Wiek : 23 lata
Jestem : za Protagonistami
Genetyka : wężousty
Czystość krwi : mugolska
Status majątkowy : biedny
Zawód : bezrobotny/zaopatrzeniowiec Protagonistów

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Albert Fågeldrup   Nie Maj 03, 2015 12:39 am

Albert Fågeldrup
23 LATA | BEZROBOTNY | MUGOLSKA KREW
OSLO, NORWEGIA | BIEDNY | JESTEM ZA PROTAGONISTAMI

Charakter

Nic mnie już chyba nie jest w stanie zaskoczyć. Nie dlatego, że wiele w życiu widziałem i życie mnie doświadczyło, Boże drogi, co mi się mogło takiego przydarzyć, skoro zasadniczą część mojej ziemskiej egzystencji odbębniłem w czterech ścianach. Mnie po prostu wszystko zobojętniało tak bardzo, że aż mnie to niekiedy martwi. Trudno nawet powiedzieć, kiedy zaczęły się te moje problemy, czasem wydaje mi się, że od dziecka podchodziłem do wszystkiego z niecodziennym brakiem jakiegokolwiek zaangażowania, a czasem łudzę się, że kiedyś świat przybierał dla mnie żywsze barwy.
Zasadniczo nie czuję też strachu, chociaż to akurat defekt wrodzony. Horrory nigdy nie robiły na mnie wrażenia. Jak byłem mały i poszedłem raz do ZOO, wyciągałem dłonie przez kraty, by pogłaskać dzikie zwierzątka. I tak myślę, że jakby mnie teraz naszła chęć na pomizianie tygrysa, to bym się nie wahał, mimo że teraz to na pewno zdaję sobie sprawę z faktu, że taka bestia może mi upierdolić rękę, zanim powiem „kici-kici”. Sęk w tym, że sobą mogę być i bez dłoni. Po co mi ona właściwie, skoro i tak prawie nic nie robię.
Chociaż nie wiem, czy jestem sobą, to znaczy, to dosyć skomplikowana sprawa. Łapię się na tym, że w ogóle nie jestem związany, no, ze mną. Moje własne życie jest jak nudny film, przypuszczam, że nie tak to powinno wyglądać. Jak nudny film i nudny bohater. Ale tak właśnie czuję, nawet podczas tych dramatycznych zdarzeń przejmuję się tylko połowicznie i nie opuszcza mnie wrażenie, że to mnie wcale nie dotyczy, nawet jeśli dotyczy jak cholera. Kładę się spać, zamykam oczy i wszystkie te złe wspomnienia wydają się tak odrealnione, aż po prostu sama myśl o tym, że to jednak się zdarzyło, zdaje mi się po prostu śmieszna.
Ale nie jestem bez serca.
Niektóre rzeczy są dla mnie po prostu ważne, jak to, żeby wysłać do babci list albo wraz z paragonem wrzucić do puszki z kasą przeznaczoną dla chorych dzieci kilka monet. Niektóre zachowania tak głęboko weszły mi w nawyk, że nie potrafiłbym z nich zrezygnować za żadne skarby świata.
Nawyki mają dla mnie ogromne znaczenie. Moje mieszkanie jest strasznie zagracone, tak sobie myślę, że większość ludzi uznałaby, że żyję w totalnym chaosie, ale guzik prawda. Wszystko ma swoje miejsce, wszystko działa według mojego autorskiego systemu. Na osobny skrawek podłogi rzucam ciuchy, które pewnie jutro założę, jeśli coś kwalifikuje się do prania, to rzucam trochę dalej. Mam szafkę na płatki zbożowe, na makaron, na pieczywo, mam szafkę na pęknięte opakowania i na czerstwy chleb, mam szafkę na naczynia „jak dla mnie w porządku” i naczynia dla gości (te czystsze). Chociaż w moim przypadku goście to sprawa raczej abstrakcyjna, niemniej, wolę być przygotowany.
Jestem społecznie nieprzystosowany. Słyszałem to już tyle razy, że w końcu musiałem się z tym pogodzić, ale prawdę mówiąc, wolę prostsze określenie. Ja po prostu myślę inaczej. I kilka moich cech szczególnie drażni ludzi, na przykład to, że nie kłamię. Nie mogę powiedzieć, że jestem szczery, bo to w jakiś sposób sugerowałoby, że zabieram głos wtedy, gdy coś mnie irytuje, ale należę do raczej małomównych osób. Jeśli zapytasz mnie o zdanie, to powiem, co myślę. Czasem wychodzą z tego nieporozumienia, bo – czego nie do końca rozumiem – nie każdy życzy sobie prawdy, ale po co w takim razie ktoś żąda mojej opinii, skoro woli usłyszeć coś całkiem od niej odmiennego? A potem, gdy już wyjdzie na jaw, że znowu powiedziałem coś niestosownego, nie czuję wstydu. I to też ludzi denerwuje, chociaż tego też pojąć nie mogę. Czemu mam się wstydzić, wykręcać czy przepraszać, skoro nie zrobiłem niczego złego?
Moje poczucie humoru również nie spotyka się z aprobatą. Trochę kiepsko, bo wbrew pozorom, często żartuję. Z różnych rzeczy. Z siebie też. Parę razy nazwano mnie cynikiem, słowo daję, nie wiem, skąd to się wzięło. Bo ja generalnie lubię ludzi, powiedzmy, jako tło mojego filmu. Albo bohaterów drugoplanowych. Trudniej mi polubić jednostki, bo to wymaga, po pierwsze, nawiązania relacji, a po drugie, pielęgnowania jej, a to mi wychodzi… kiepsko. Mam wrażenie, że większość ludzi z mojego otoczenia trzyma ze mną z przyzwyczajenia, albo dlatego, żeby żyć zgodnie z własnym sumieniem. W sumie to i tak dosyć miłe, że nie jestem im znowu tak całkiem obojętny. 
Nie jestem nieśmiały, nic z tych rzeczy. Nie boję się tego, że ktoś mnie wyśmieje czy odrzuci, do licha, bo to pierwszy raz by mi się zdarzyło? Jeśli trzeba, podchodzę i zagaduję, choć, nie ukrywam, rzadko kiedy coś z tego wychodzi. Po prostu chyba zostałem odgórnie skazany na samotność. Prawdę mówiąc, trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czy to coś złego. Niektórzy mi sugerowali depresję czy inne schorzenia, ale najśmieszniejsze jest to, że ja wcale nie czuję smutku. Tego życiowego smutku, nie chwilowego, bo ten to się mi zdarza. Jakby pojawiła się magiczna wróżka, proponująca spełnienie moich najskrytszych marzeń, chyba nie wiedziałbym nawet, co jej powiedzieć, bo ja naprawdę nic więcej nie chcę. Mam swój zielony kubek z nadpękniętym uchem, piję co wieczór gorzką herbatę, patrzę w telewizor, rozmawiam z moimi wężami i jest w porządku. Ja wiem, że moje życie jest mało fascynujące, ale na pewien sposób je lubię.
Mam nawet przyjaciół. Najstarszy, Sersil, ma siedem lat, to raczej cichy typ, taki obserwator, potem jest Sasanka, trochę leniwa, ale bardzo wybuchowo okazuje niezadowolenie, trzeci nazywa się Szubrawiec, powiedziałbym, że to okrutnik, jednak byłoby to rażącą niewdzięcznością z mojej strony, bo dzięki niemu w moim mieszkaniu nie znajdziesz ani jednego pająka, o myszach czy szczurach nie wspominając. Jest jeszcze Sisu, prawdziwa feministka, rzadko ją widuje, bo nie przepada za słońcem, najlepiej się czuje kilka centymetrów pod ziemią. Ach, nie wspomniałem, że cała trójka to węże. Kolejno pyton siatkowy, nadobnik ozdobny, kobra królewska i ramphotyphlops braminus. Może powiecie, że trzymanie w mieszkaniu co najmniej jednego jadowitego stworzenia to ryzykowny krok, ale nie boję się. Węże nie robią mi krzywdy. Nigdy.
Nie mógłbym też nie wspomnieć o Ally. Fakt, że do elitarnego klubu moich przyjaciół, którzy posiadają cztery kończyny, wlicza się tylko moja siostra, chyba nie świadczy o mnie zbyt dobrze.
Jestem dosyć leniwy, albo raczej, mało ambitny. Nie chce mi się brać udziału w tym wyścigu szczurów, zresztą, mogę mieć w ogóle pewność, że dostanę nagrodę za samo uczestnictwo? Więc nie robię nic specjalnego, wiem, że mógłbym osiągnąć więcej, bo pomyślunku mi nie brakuje. Tylko po co?
W inny sposób swój czas pożytkuję. Bo posiadam talent, że to powiem, niezaprzeczalny, do robienia czegoś z niczego. Powinienem zostać inżynierem albo innym wynalazcą, względnie najwybitniejszym zaopatrzeniowcem świata, ale zadowalam się załatwianiem szmelcu dla opozycji.

Aparycja

Mam wielki nochal. Odnoszę przez to wrażenie, że ludzie najpierw witają się z moim nosem, a potem dostrzegają mnie samego. Ogólnie nie uchodzę za wybitnie przystojną osobę, ba, nawet nie za trochę przystojną czy umiarkowanie przystojną. Pogodziłem się z faktem, że jestem brzydki raczej, zresztą, nie wiem, czy gdybym bił urodą jak ci chłopcy z magazynów dla nastolatek, coś by się w moim życiu zmieniło.
Urosłem dziwnie wysoki, przerosłem i matkę i ojca, ponoć poszedłem w dziadka, nie wiem, bo nie miałem przyjemności poznać. Czasem mi to przeszkadza, bo zdarza się, że muszę się pochylać, gdy ktoś nie przewidzi, że nie każdy człowiek przestaje rosnąć po osiągnięciu wzrostu metra osiemdziesięciu. Z drugiej strony, jakbym był niski, pewnie musiałbym skakać, by sięgnąć do najwyższych półek, więc trudno powiedzieć, czy mnie jakaś niesprawiedliwość spotkała.
Budowę ciała mam raczej… normalną? Z całą pewnością nie atletyczną, bo ćwiczyć mi się nie chce, waga się pode mną nie załamuje, ale czasy, gdy dało się policzyć moje żebra też dawno minęły. Dzieckiem byłem raczej chuderlawym.
Ponoć oczy są zwierciadłem duszy i chyba w moim przypadku to się zgadza. Oczy moje są takie, powiedziałbym, bez wyrazu. Bez względu na to, czy jestem zamyślony, czy senny, czy zainteresowany. Nie wiem, skąd te wieczne podkówki pod moimi ślepiami, ani nie zarywam nocy, ani nie choruję, chyba z natury są ciągle podkrążone.
Aha, nie czeszę się. Bo uważam to za stratę czasu. Na kark zarzucam, co znajdę na podłodze (szafy nie posiadam).


Rodzina i historia

Moi rodzice są mugolami. Ponoć w dalekich przodkach mam jakiegoś czarodzieja, tak mi to tłumaczono, jednak to nie zmienia faktu, że urodziłem się w mugolskiej rodzinie. Zwykle dzieci jak ja dowiadują się o swoich zdolnościach w wieku lat dziesięciu, zaraz przed pójściem do szkoły, ale mi urzędnicy złożyli wizytę na kilka miesięcy przed siódmymi urodzinami. Standardowe przedszkolne życie mugolaka wygląda tak, że jego rodzice nie zdają sobie sprawy z tego, że ich dziecko jest jakieś dziwne, albo próbują to z siebie wyprzeć, albo liczą na to, że samo przejdzie.
Moja mama ma na imię Berta, ale sama nazywa się Pytią, Kasandrą, albo Wyrocznią Halmstadcką. Cały dom przystroiła jakimiś koralikami, wisiorkami i amuletami, sprowadzała z daleka szklane kule i plansze ouija. Od początku brałem udział w jej seansach czy innych rytuałach, ponoć miałem chłonąć kosmiczną energię. Jeśli faktycznie o to chodziło, to chyba jej się udało, bo gdy miałem trzy lata, zauważyła moje szczególne właściwości. Ucieszyła się, chociaż do dzisiaj nie wiem, czy wzięła mnie za dziecko indygo, telekinetyka, medium, jasnowidza czy coś jeszcze innego, bo używała względem mnie wszystkich tych określeń. Pośród grona dam i dżentelmenów (od których rodzice pobierali symboliczną opłatę) miałem wyginać łyżki wzrokiem, albo robić inne rzeczy, które, ogólnie rzecz biorąc, chłopcom w moim wieku nie przystawały. Na przykład sztuczki z wężami. Dostałem od mamy węża, raz w sklepie zoologicznym przykleiłem twarz do terrarium z gadami i za żadne skarby świata odejść nie chciałem. Mama moja wychodziła z założenia, że trzeba spełniać wszystkie zachcianki dziecka, inaczej wyrośnie ono na psychopatę. No więc węża posiadałem i ku przerażeniu niektórych widzów lepiej nakłaniałem go do swojej woli niż fakir z pięćdziesięcioletnim doświadczeniem.
W końcu te mamine eksperymenty spotkały się z niechęcią ze strony ministerstwa magii, bo i owszem, kilku urzędników zrobiło wyjątek i pojawiło się wcześniej. Wytłumaczono rodzicom, że nie jestem żadnym medium, tylko czarodziejem i takie wykorzystywanie moich umiejętności się zwyczajnie nie godzi. Mój tata, Joakim, który bardzo się już przyzwyczaił do tych moich seansów (i pobieranych za nie opłat), trochę się rozgniewał, ale obyło się bez rozlewu krwi. Ojciec mój należy do tych ludzi, co łatwo się unoszą, ale raczej nie można ich podejrzewać o bycie brutalnym. Nie, ani nie pił, ani nie bił, naprawdę nie mam na co narzekać. Tylko krzyczał jak mało kto, zagryzając przy tym ze złości wąsa. Poważnie, cała jego górna warga znikała za dolnymi zębami. Za to był dosyć leniwy, ale ponieważ moja mama już zaklepała rolę rodzica, który nie pracuje, tata nie miał już wyjścia. Zatrudnił się w jakiejś nudnej fabryce, pracował długo i ciężko, a potem do końca dnia leżał na kanapie.
W każdym razie, przestano organizować występy z moim udziałem, a w każdym razie, nie urządzano ich publicznie. W domowym zaciszu moja mama dalej próbowała rozbudzić nieograniczone pokłady mojej cudaczności, paliła kadzidełka, ziółka, recytowała księgi tajemne i pokazywała mi różne zdjęcia najbardziej mistycznych dla mugoli miejsc. Strasznie się cieszyła, gdy odpowiadałem na pytania w stylu „co to są piramidy?”, „kim był faraon?”, „jak chowano zmarłych Egipcjan?” i w pewnym momencie umyśliła sobie, że muszę być odrodzonym egipskim kapłanem („przecież to niemożliwe, Joakim, żeby ośmiolatek miał taką wiedzę!”).
Ale potem wyszło na to, że się boję kotów, więc po szybkim przepytaniu mnie na temat Stonehenge i Celtów, wyszło na to, że jednak jestem druidem. Mój ojciec przyglądał się mi wtedy zza gazety i mówił: „ja widzę tylko, że póki co jest darmozjadem”.
Pewnie zastanawia was, dlaczego w mojej rodzinnej historii właściwie nie wspomniałem o Ally. Otóż Ally nie istniała. Nie tak dosłownie, byłoby ze mną całkiem źle, jakbym miał urojoną młodszą siostrę. Ally nie istniała w mniemaniu mojej matki, a ponieważ dla ojca żadnego z nas mogłoby nie być, Ally nie istniała w ogóle. Podczas gdy mama uwielbiała eksplorować mogą kosmiczną aurę (nie wyglądało to tak okropnie, jak brzmi...), biedna Ally w ogóle jej nie interesowała. Nie wiem, czym jej zawiniła. Obiektywnie rzecz ujmując, pod wieloma względami biła mnie o głowę, spełniając wszystkie warunki, by zostać faworytką. Nawet list z Dahlvaldu, jasno świadczący o tym, że i ona urodziła się z magicznymi zdolnościami, nie przekonał mamy, że jej jedyna córka jest coś warta. Słowo daję, nie czułem się dobrze z tym zamieszaniem wokół niej i starałem się dać z siebie wszystko, by Ally wiedziała, że przynajmniej ja jestem po jej stronie. Wiem, że nie jestem bratem marzeń, ale chyba warto mieć przynajmniej jednego krewnego, który zdaje sobie sprawę z twojego istnienia. Zresztą, nie chciałbym tu sprawiać wrażenia, że robiłem jej jakąś łaskę – myślę, że jej się to zwyczajnie należało, tym bardziej, że gdyby nie ona, moje życie pewnie wyglądałoby dużo gorzej. Należę do tej mniejszości starszych braci, którzy nigdy nie żałowali swojego starszobrateństwa.
Nadszedł w końcu dzień, kiedy trafiłem do Dahlvaldu. Przydzielono mnie do Verdenu, ale chyba tylko dlatego że nigdzie indziej nie pasowałem. Pamiętam, że pod koniec mojego pierwszego roku stało się coś dziwnego. To zdarzyło się na błoniach, dziewczyny nagle zaczęły piszczeć i uciekać, a powodem tego niezwykłego poruszenia był zwyczajny wąż. Trochę mnie to zdziwiło, ale podszedłem do gada i poprosiłem go, żeby sobie poszedł, a on spełnił tę prośbę. Ale gdy się odwróciłem, ludzie dalej się cofali, mimo że węża już nie było i wtedy zrozumiałem, że boją się mnie.
Wieczorem znalazłem na swojej pościeli kilka martwych zaskrońców.
Z reguły jest tak, że wężoustość dziedziczy się z pokolenia na pokolenie, ale w moim przypadku ta zdolność najwyraźniej przeskoczyła kilka oczek w drzewie genealogicznym. Nie czuję się poszkodowany przez los, nie lubiły mnie dzieci, ale lubiły mnie węże, coś za coś, prawda? Znaczna większość ludzi, jakich znam, cieszy się głęboką antypatię ze strony węży. Starałem się nie przypominać pozostałym uczniom o moim darze, czasem tylko uciekałem do lasu, by sobie porozmawiać. Z tym, że z wężami raczej nie da się pogadać jak z ludźmi, mają zupełnie inną, wiecie, mentalność.
Jeśli czegoś miałbym żałować, to tego, że Ally musiała znosić piętno bycia siostrą odmieńca. Sam słyszałem, jak jej z tego powodu dokuczano – może po tym, gdy już opuściłem Dahlvald, coś się zmieniło?
Zaraz po tym, jak skończyłem szkołę, wyprowadziłem się od rodziców. Zamieszkałem w Oslo i przez dłuższy czas nie robiłem nic. To znaczy, zatrudniałem się to na stanowisku pomywacza, to jako sprzedawca kawy, ot tak skakałem od wypłaty do wypłaty. Ale pieniędzy na czynsz zaczynało brakować, a moje węże prawie przymierały głodem, więc postanowiłem się ustatkować.
Powrót do góry Go down
 

Albert Fågeldrup

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Organizacja :: Kartoteka-