Liv Andersson

avatar

Umiejętności bojowe : IV
Skąd : Sønderborg, Dania
Wiek : 27 lat
Jestem : za Protagonistami
Czystość krwi : półkrwi
Status majątkowy : bogaty
Zawód : kompozytor

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Liv Andersson   Sob Cze 20, 2015 2:56 am

Liv Andersson
27 LAT | KOMPOZYTOR | PÓŁKRWI
SØNDERBORG, DANIA | BOGATY | JESTEM ZA PROTAGONISTAMI

Poniedziałki są czerwone

Niektórzy uważają, że jest to pewien rodzaj upośledzenia, braku równowagi pomiędzy hamowaniem i wyciszaniem docierających do mózgu impulsów. Inni, że wynika z powstania dodatkowych połączeń neuronowych, łączących obszary normalnie od siebie odseparowane. Niezależnie od teorii, synestezja to odchylenie psychiczne. Najczęściej przejawia się stosunkowo niegroźnym „barwnym słyszeniem”. Ktoś tam rzuci, że fismol brzmi niebiesko (wcale nie), a dwa takty są pomarańczowe (zmyślają), lans na mieście, patrzcie na mnie, jestem wyjątkowy. Gówno prawda. Moje zmysły są pomieszane niczym rosyjska ruletka. Widzę dźwięki, banał. Smakuję widoki, już mniejszy? Słyszę smaki. Poniedziałki są czerwone, piątka ma lekko karmelowy posmak, a słuchając późnego Strawińskiego padam na kolan, bo rozsadza mi czaszkę. Migreny - codzienność. Powodują mdłości. Osłabiają. Nie narzekam jednak, nie oddałabym tego za nic. To jak życie na ciągłej fazie, darmowe LSD, nie muszę bać się uzależnień. Nikt inny nie zna delikatnego musu brzoskwiniowego jaki wypełnia kubki smakowe gdy słucham Neila Younga, delikatnego dźwięku harfy, jaki wydaje arbuz oraz słodkiego zapachu słów mojego ojca.
Chyba stąd się wzięło moje granie. Łatwiej mi. Po prostu. Inaczej podchodzę do instrumentów, nie ma dla mnie rzeczy nie do zagrania. Melodii nie do opanowania. Niektóre tylko wywołują fizyczne cierpienie. Nie puszczajcie mi Cindy Lauper. Ona po prostu boli.
Podobnie jak jej wygląd.
Te rozczochrane włosy.
Swoje, co rano, rozczesuję drewnianym grzebieniem. Sięgające nieco poniżej łopatek, proste, kasztanowe. Nigdy ich nie farbowałam. Lubię to zajęcie. Uspokaja mnie - i moje poplątane zmysły. Pozwala się skupić na jednym.
Tylko na sobie.

Wiedza bezużyteczna

Czy wiecie, że słowo wamp stworzyła Theda Bara? Pierwsza aktorka w historii kinematografii, która wręcz ociekała seksapilem, specjalizująca się w rolach kobiet-wampirów, sprowadzających mężczyzn na manowce i niosących zgubę. Podstępnie odsłoniętym kolanem odciągała ich od porządnych kobiet, wysysała z nich życie do cna i pozostawiała w rozsypce, na odchodne popychając w ramiona śmierci.
Suka.
Nie słyszałeś? Nie mam serca.
Tak przynajmniej twierdzi większość ludzi, których spotykam i nawet nie próbuję tego prostować. Nie jestem ani miła, ani wyrozumiała, daleko mi do cukierkowej empatii. Nie ten typ, który zabiega o zainteresowanie czy sympatię - jestem wyjątkowa, wiem o tym dobrze, nie silę się na fałszywą skromność. Urodziłam się bez genu odpowiadającego za lizusostwo i włażenie w dupę, nazwij mnie upośledzoną - uśmiechnę się tylko, zupełnie obojętnie. Coś za coś. Ty potrafisz podlizać się każdej sabatowskiej kurwie, ja wiem jak odrażająco smakujesz.
Czasem nazywasz mnie oziębłą, mało rzeczy mnie wzrusza. Nie próbuj stawiać mi drinków, oszczędź upokorzenia, tanie gadki nigdy nie robiły na mnie większego wrażenia. Nie mów przy mnie o tysiącach dziewcząt, z którymi masz do czynienia, to zbędne, nie będę rywalizować. Nie sięgam po rzeczy, które mam na wyciągnięcie ręki, wolę czekać na wyjątkowe eksponaty. Lubię tych, którzy wiedzą czego chcą i potrafią poruszyć niebo, ziemię, zstąpić do piekła tylko po to by dosięgnąć celu. Ja jestem tą, dla której Orfeusz przemierzył Hades, to mi Parys wręczył złote jabłko, nie przekupisz mnie kolorowym napojem z tandetną palemką. Nie spadłam z nieba. Nic mnie nie boli.
Szesnastego maja tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego roku po raz pierwszy rozdano Oscary - pierwszą aktorką pierwszoplanową uhonorowaną tą statuetką była Janet Gaynor, miedzy innymi za udział w Sunrise Murnau.
Ta informacja zmieniła twoje życie.
Nocami wędruje. Schodzę do podziemi, w zewnętrznych kręgach piekielnych rozbrzmiewa najlepsza muzyka, to tak właśnie słyszysz bicie swojego serca i wiesz, że żyjesz. A przynajmniej - przez chwilę oszukujesz się, że tak jest. Potańcówki, absynt, dym papierosów, jazz z wytartej płyty gramofonu. Głośne rozmowy, pełne pasji jęki, śmiech. Niebo może poczekać. Ja żyję chwilą. Jutra nie ma.
Tylko proszę, to nie żadne carpe diem, nie jestem sekretnym gejem i nie ćpam za śmietnikiem, nie muszę umrzeć młodo. Kocham - siebie właśnie, lubuję się w wygodzie, dbam głównie o własne interesy i przyjemności. Szybko marznę, nie zasnę leżąc samotnie. Wolę gorący oddech na skórze, palące pocałunki, oczy szeroko zamknięte. Nie jestem jednak na wyłączność, nigdy dłużej niż sto dni, lubię mieć wybór. Nawet nie wiesz kiedy w twojej łazience pojawi się mój balsam i olejek do kąpieli - równie szybko stamtąd zniknie. Nie wiesz nawet czy to nie sen, ten szalony, surrealistyczny, zanurzony w oparach opium.
Nie sypiam w swoim mieszkaniu. Przeszkadza mi nuda.
Charlie Chaplin słynął z perfekcjonizmu. Grającej w „Światłach wielkiego Miasta” dwudziestoletnia Virginia Cherrill musiała powtórzyć frazę „Flower sir?” aż trzysta czterdzieści dwa razy. A to film niemy!
Mam to swoje autoironiczne i prześmiewcze poczucie humoru, ludzie biorą moje słowa zbyt poważnie, często słyszę oburzone komentarze pod nosem, na to co mówię trzeba patrzeć z dystansu. Nigdy nie zapamiętywać, zdanie zmieniam równie często co łóżko, to daje mi poczucie wolności. Jedyną stałą w moim życiu jest kot. Dbam też o swoją muzykę, to siedząc w wygodnym fotelu i tworząc kolejne takty swoich melodii jestem najdelikatniejsza. Choć - gdybym jutro musiała spalić wszystkie swoje instrumenty, nie zawaliłby się mój świat. Lubię myśleć o sobie jako feniksie, wstaję, otrzepuję się z popiołów i biegnę dalej. Nie pozwalam sobie na smutne miny, gorsze dni, nie przy ludziach. Jeśli płaczę, to krótko, bez świadków - szybko jednak patrzę w lustro i przywołuję się do porządku. To co w środku pozostaje właśnie tam, nie przenoszę tego na zewnątrz- to działa w obie strony, nie przywiązuję wagi do cudzych słów. Za to lubię bawić się w podwórkowego psychologa. Nawet nie muszę mieć racji. Czy dokładnie cię analizować - wystarczy mnie podjudzić, popchnąć do zadania, rzucić wyzwanie.
Gdyby nie fakt, że niektóre rozrywki najlepiej smakują we dwójkę zapewne nie potrzebowałabym zewnętrznego świata.

Malinowe zabawy

Urodziłam się.
Odkąd pamiętam kłóciłam się ze swoją matką. Ona miała żal o zabranie jej młodości - ja, że nie była taka jak inne. Nie robiła mi kanapek z masłem orzechowym i galaretką, odcinając przy tym skórki. Nie czytała bajek na dobranoc. Nie gotowała pysznych obiadów na które mogłam zapraszać przyjaciółki. Nie piekła ciasteczek do szkoły. Wreszcie - piła i znikała na całe dnie zmuszając mnie do patrzenia na smutek ojca.
Chyba uważa, że jesteśmy kwita. Ja zabrałam jej najlepsze lata życia, imprezy i prywatki. Ona mi beztroskie dzieciństwo.
Bez przesady. Nie wychowałam się w żadnej patologii, nikt się nie bił, nikt nie krzyczał, nikt nie rozbijał szklanek. Miałam własny pokój, w nim ładne lalki. Codziennie czyste ubrania, chodziłam w uroczych sukienkach, tata wiązał mi włosy w warkocze. Mam jednak oczy i robię z nich użytek, nigdy nie miałam z tym problemów. Widziałam, że nie potrafi nas pokochać. Mając już pięć lat czułam jak odsuwa się ode mnie, kiedy próbuję objąć ją ramionami.
Nie było mi z tego powodu przesadnie żal. Miałam tatę. A mają takiego papę jak mój nie potrzeba już nikogo innego. Po prostu nią gardzę. Nie rozumiem jak mogła go nie doceniać.
Niech zgnije gdzieś pod tanią speluną, nie obchodzi mnie zupełnie.
Mając lat szesnaście, w wakacje pomiędzy kolejnymi klasami Dahlvaldu, uciekłam z domu. Żaden ze mnie rebeliant, papa wiedział o wszystkim, wcześniej wspólnie ustaliliśmy trasę mojego pościgu. Przez trzy tygodnie miałam kierować się na północ i zwiedzić niemal całą Szkocję. Czasami zdarzało mi się spać po gołym niebem - to właśnie wtedy odkryłam, że nie potrafię funkcjonować bez gorącej, wieczornej kąpieli.
Do dzisiaj nie wiem co mnie podkusiło, nie jestem ani fanką biwakowania, ani tym bardziej spotkań trzeciego stopnia z całym robactwem świata. Chodziło chyba o test, może po prostu się nudziłam, chciałam zobaczyć czy potrafię przeżyć sama w każdych warunkach. I chyba właśnie wtedy odkryłam, że najlepiej śpi się poza domem.
Ten dreszczyk emocji.
To był powód do anegdot na całe lata. Jak dawne zamiłowania do „piór” i szalików boa, skórzanych kurtek nabijanych ćwiekami czy hipisowskich wianków. Za młodu, kiedy to hormony są siłą napędową, a głównym celem - największa ilość otrzymanych walentynek spośród wszystkich koleżanek (jakoś nie przepadam za damskim towarzystwem), bunt pełni rolę przecinka w zdaniu. Nosi się dziwne ubrania, działa w irracjonalny sposób, wszystko jest na nie. Snuje się idiotyczne marzenia o „byciu kimś innym”.
Długo się buntowałam.
A tak naprawdę warto dosięgnąć ideału. Wzoru. Taty.
Tradycje są ważne.
Do wszystkiego trzeba dorosnąć - także do bycia sobą.
Dopóty nie pojawią się na twarzy pierwsze zmarszczki ma się wrażenie bycia elastyczną gumą podatną na zmiany, miękką plasteliną możliwą do uformowania w ciepłych dłoniach.
Będę biegać co rano.
Będę wstawać wcześniej.
Będę się zdrowiej odżywiać.
Rzucę palenie.
Zostanę prawdziwym stoikiem.
Potem uświadamiasz sobie, że owszem. Kiedyś byłeś miękki. Uformowało cię środowisko, rodzina, filmy i książki, które czytałeś za młodu - ale wypalono cię w piecu wieku, doświadczeń, przekonań - i nie ma w tym nic złego.
Jesteś kreatorem swojej rzeczywistości, dnia teraźniejszego, ale nie ma co udawać - to nie ja decyduję o nadejściu dnia kolejnego.
W końcu doceniasz Dom. W końcu doceniasz Korzenie.

I nagle je tracisz

Kiedy jesteś tak blisko. Kiedy w końcu zaczynasz rozumieć. Zatrzymujesz się w miejscu. Przestajesz wędrować. Ba! Nawet jesz te cholerne śniadania, to przecież najlepszy wyznacznik dorosłości i życiowego ogarnięcia. Nie pijesz w biegu kawy, nie zapalasz w łóżku papierosa - tylko wstajesz wcześniej i w szlafroku przygotowujesz syte, pełnowartościowe śniadanie, zdrowe i pyszne. Uwielbiałam jeść te pierdolone śniadania. Z moim ojcem. Może nie zdarzało się to każdego dnia, w końcu byłam dorosłą kobietą. Mieszkaliśmy osobno. Ale co sobota, nie śpiesząc się, potrafiliśmy siedzieć godzinami. I rozmawiać. Rozmawiać. Rozmawiać. Jak prawdziwi przyjaciele.
Ojciec zawsze był dla mnie naj. Najważniejszy. Najlepszy. Był rycerzem na białym koniu. Obrońcą. Pogromcą potworów spod łóżka. Najlepszym kucharzem, zawsze pamiętał by odkroić skórki od kanapek. Stylistą. Fryzjerem. Pocieszycielem. Nauczycielem.
W końcu stał się Najlepszym Przyjacielem. Wreszcie do tego dorosłam. Przestałam wędrować. Chodzić nocami. Szukać przygody. Walczyć z nudą.
I wtedy mi go zabrano.
Bo nie ma czystej krwi.
Już nie mam korzeni. I nie lubię spać w swoim łóżku, jest w nim za zimno.
Powrót do góry Go down
 

Liv Andersson

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Organizacja :: Kartoteka-