Polana św. Walpurgii

Idź do strony : 1, 2  Next
avatar
PisanieTemat: Polana św. Walpurgii   Sob Lip 18, 2015 8:57 pm

Polana św. Walpurgii
Każdy, kto nie jest w stanie wytrzymać gorąca bijącego od ogniska, może odpocząć od żaru na polanie. Postawiono na niej kilka eleganckich czarnych stołów, przy których można usiąść, porozmawiać lub coś zjeść – w cieniu zamku znajdują się również stoły bufetowe. Brak jakichkolwiek atrakcji najwyraźniej postanowiono wynagrodzić uczniom jedzeniem. Wychowankowie Dahlvaldu chyba jeszcze nigdy nie mogli uraczyć swojego podniebienia tak luksusowym menu. Nawet sztućce wydają się wykonane z szczerego srebra, a zamiast papierowych serwetek zorganizowane bardzo przyjemne w dotyku i ładnie haftowane materiałowe. Uczniowie pochodzący w bogatych domów zapewne czują się jak u siebie – ci bardziej ubodzy wyglądają na nieco zakłopotanych.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Sandnessjøen, Norwegia
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : wampir
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Pon Lip 20, 2015 1:36 pm

Niemal żałowała, że wraz z dniem jej transformacji nie odwołano wszystkich świąt.
Od dziecka przyzwyczajana była do życia towarzyskiego i przez te kilkanaście lat swego istnienia podobne zgromadzenia zdążyła nie tylko zaakceptować, ale wręcz rzeczywiście polubić. Gwar rozmów, melodia śmiechu i wszystkie te towarzyskie podchody składające się na specyficzną grę społeczną sprawiały, że czuła się dobrze - wystarczająco dobrze, by na każdą kolejną galę czekać z utęsknieniem i by na każdy festyn udawać się niemal z dziecięcą radością. Jeszcze do niedawna nie potrafiła wyobrazić sobie roku bez co najmniej kilku spotkań, podczas których mogłaby błyszczeć, śmiać się aż do zachrypnięcia i toczyć rozmowy o co najmniej dwóch dnach.
Tylko, że to było kiedyś, a teraz było teraz, czyli zupełnie inaczej.
Mogła jeść i pić, ale rozkosz przeróżnych smaków od roku była już daleko poza jej zasięgiem. Nie dane jej było zachwycić się delikatnością świetnie przyrządzonych mięs, goryczką co niektórych warzyw czy słodkością wymyślnych deserów. Nie rozróżniała słodko-ostrej nuty niezwykłej pieczeni od delikatnego, ledwie wyczuwalnego smaku tak lubianego przez nią kiedyś łososia. Także wina, których była smakoszką, teraz smakowały co najwyżej znośnie - i wszystkie tak samo.
Istną torturą było zasiąść za stołem i nie móc nacieszyć się wszystkim tym, co im zaoferowano. Pić sok, który niegdyś przyjemnie łechtał podniebienie, ale teraz nie pozostawał na języku żadnych szczególnych doznań. Nic, co nie było krwią - krwią ludzką, słodką i aromatyczną - nie potrafiło już sprawić jej przyjemności.
Nie mogła jednak pozwolić sobie na to, by zupełnie wycofać się z towarzyskiego życia. Znana z tego, że pojawiała się wszędzie, gdzie powinna, nie mogła tak po prostu zniknąć. Zresztą - nawet nie chciała. Trudno było panować nad sobą w otoczeniu tak przyjemnie pachnących ofiar, ale jeszcze trudniej byłoby wytrwać bez nich. Od roku mogła być wampirzycą, ale od kilkunastu lat była przecież także lubującą się w podobnych spędach nastolatką. Takie rzeczy nie zmieniały się wraz z przemianą.
Darowując sobie zmagania z posiłkami o smaku gumowej podeszwy ograniczyła się do lampki wina. Sącząc pierwszy, niewielki łyk, próbowała przywołać wspomnienie znanego gatunku alkoholu. Tylko to jej przecież pozostało - wyobrażać sobie, jaka nuta mogłaby muskać teraz jej kubki smakowe.
Oczywiście, przy tym wszystkim zmuszona była pamiętać też o tym, że ci tutaj... To nie jej obiad. Choć Elena dobitnie powiedziała jej, że krew zwierzęca nie będzie w stanie zastąpić jej posoki ludzkiej, to równolegle uzmysławiała jej, jak dokładnie planować trzeba łowy. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie można było od tak rzucić się na kogokolwiek, byle tylko zaspokoić głód. Zresztą, w tak młodym wieku ten ostatni i tak nie miał słabnąć zbyt szybko.
Zamykając oczy, Amandine odetchnęła cicho. Wygładzając nieistniejące zmarszczki na kruczoczarnej, sięgającej kolan sukience potrząsnęła lekko głową. Opanuj się, głupia. Nawet szalona Geirssdóttir nie wybaczyłaby ci bezmyślności.
Bawiąc się delikatnym kieliszkiem, uniosła wreszcie wzrok znad karmazynu wina na kręcących się nieopodal uczniów. Każdemu przechodzącemu czy zasiadającemu po jej lewej lub prawej stronie poświęcała chwilę, potem zmieniając jednak obiekt swego zainteresowania. Póki nie dostrzegłaby kogoś faktycznie znajomego, nie była w stanie skoncentrować się na nikim nazbyt długo.
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Kolvarien

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Bergen, Norwegia
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : za Protagonistami
Genetyka : jasnowidz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Wto Lip 21, 2015 3:23 am

Nigdy bym nie pomyślał, że w tym roku tak będzie wyglądało jedno z moich ulubionych świąt szkolnych. Noc św. Walpurgii zaskoczyła tym razem wszystkich, nie mam najmniejszego pojęcia, dlaczego grono pedagogiczne i dyrekcja zdecydowały się na tak ryzykowne posunięcie (zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach!), przez które czuję się dość niekomfortowo. Zresztą, mam nieodparte wrażenie, że nie są to tylko moje odczucia. Wszyscy są skonfundowani. Choć nie da się ukryć, jestem przyzwyczajony do tak eleganckich uczt – pochodząc ze znamienitego rodu o wieloletnich tradycjach, nie sposób nie uczęszczać na podobne  przedsięwzięcia, mimo że nie należy to do moich wyjątkowo ulubionych zajęć. Te wszystkie wystawne bale, pompatyczne bankiety, niedzielne kolacje, rodzinne zjazdy i inne uroczystości... Pomyśleć, że kiedyś będzie to jedną z moich powinności. Być głową rodu Hukkelberg – brzmi niewątpliwie dumnie, ale sam nie wiem, czy to jest coś, czego na pewno chcę. Czasami wydaje mi się, że na moich barkach spoczywa zbyt duża odpowiedzialność; że nikt nie pomyślał o tym, co ja, Antoni, chciałbym w życiu robić. Jakby wszystko z góry zostało zaplanowane. To normalne jednak mieć chwile zwątpienia, przynajmniej tak mi się wydaje.
Nikt jednak nie spodziewał się czegoś takiego.
Lawiruję pomiędzy rozgadanymi uczniami, niekiedy posyłając serdeczne uśmiechy lub w ogóle tego nie robiąc. Z początku posiedziałem przy ognisku, później jednak stwierdziłem, że udam się w kierunku polany. Atmosfera jest napięta, czuć to w powietrzu, a mój szósty zmysł podpowiada mi, że dzisiaj wydarzy się coś nieszczególnie dobrego. Nie mam pojęcia, ile w tym prawdy, czy to kolejne nic nieznaczące, mylne przeczucia. Jasnowidztwo ma to do siebie, że jest kompletnie nieprzewidywalne, a wizje przychodzą w najmniej oczekiwanych momentach. Są niejednoznaczne i pełne ukrytej symboliki, przez co nie zawsze potrafię odczytać je poprawnie. Ostatnio jednak muszę przyznać, że się uspokoiło – lepiej sypiam, nie miewam zawrotów głowy, może to dzięki tym specyfikom, które przysłała mi Maia. Wzdycham cicho pod nosem, w międzyczasie udało mi się zamienić kilka słów z niektórymi znajomymi z Kolvarienu, aż nagle na swojej drodze zauważam Amandine Løvenskiold, która z dość posępną i nieco zadumaną miną bawi się kieliszkiem. Co to za brzydkie nastroje, moja droga? Spokojnie, nie jesteś w sumie z tym wszystkim sama.
- Zgadnij, kto dziś dotrzyma ci towarzystwa! – Zachodzę moją przyjaciółkę od tyłu, zahaczając ręką o jej kark, po czym uśmiecham się do niej szeroko i całuję ją na powitanie, choć mam wrażenie, że od jakiegoś czasu coś jest nie tak i zupełnie nie wiem dlaczego; jakby unikała jakiegokolwiek kontaktu fizycznego ze mną. Spoglądam w jej oczy, chcąc z nich coś usilnie wyczytać, ale nie potrafię. Odwracam spojrzenie, jednak nie robię tego nerwowo. – Coś tutaj smętnie dzisiaj – mówię zgodnie z prawdą, wodząc wzrokiem po mijających nas ludziach. Nie tak wyobrażałem sobie to święto, a pomyśleć, że cieszyłem się z okazji zbliżającej się końcówki kwietnia. Chyba za dużo tych rozczarowań jak na tak krótki okres.
Powrót do góry Go down
avatar
Pałkarz Verden

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Pireus, Grecja
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : mugolska
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Wto Lip 21, 2015 9:20 am

Lubię imprezy. Całonocne stanie z co chwila napełnianym kieliszkiem w ręku, słuchanie muzyki, która przeważnie niespecjalnie przypadała mi do gustu, rozmawianie z często obcymi mi osobami o zupełnie nieistotnych bzdurach. A na drugi dzień kac morderca. Jako człowiek o raczej dwubiegunowej osobowości czasem takie balangi spędzałem siedząc na sofie, popijając niezbyt wysokiej jakości wino, a znajomi jak gdyby w zmowie ciągle podchodzili i pytali się: Niko, wszystko w porządku? Co z tobą, Niko? Niko, nie poznaję cię, co ty taki cichy jesteś? To zupełnie nie w twoim stylu! W odpowiedzi mam zawszę ochotę odpowiedzieć: Kim ty w ogóle, kurwa, jesteś, żeby mówić mi co jest a co nie jest w moim stylu?
Lubię imprezy. Te, nad drzwiami którymi widnieje niewidzialny napis "Witaj! Napij się, zjedz coś, porzygaj się, zalicz kogoś, znowu się porzygaj, zrób jakiś dramat i do widzenia". Doskonale (no, nie do końca) pamiętam ostatnie wakacje i chodzenie od klubu do klubu w moim rodzinnym mieście. Zawsze wtedy otaczało mnie spore grono znajomych, albo jak kto woli - wielbicieli. Bo tych mam sporo, na pewno przez wzgląd na mój stan majątkowy. Drinki na mój koszt, drogie lokale, używki. Liczba na rachunku po każdym takim wyjściu była wyższa niż miesięczna pensja niejednego mugola.
Lubię imprezy. Ale tegoroczna Noc św. Walpurgii wydawała się mieć napisane na umownym wejściu "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie". Zeszłoroczne obchody tego, bądź co bądź najciekawszego święta w mojej szkole, niewiele różniły się od imprez, na które zwykłem chodzić latem. Zespół, który praktycznie nie schodził ze sceny, alkohol, te wszystkie słodkie do porzygu uczniaki, które wierzą w tę rozdmuchaną do granic możliwości magię owej nocy co chwilę poprawiające mi humor. Mogę się przyznać, że całkiem lubię to święto. Jednak w tym roku coś było nie tak, coś wisiało w powietrzu. Dało się to wyczuć już po paru minutach spędzonych na polanie.
Zasiadłem przy suto zastawionym stole upewniając się uprzednio, czy obok mnie nie siedzi żaden pierwszoroczniak. Nalałem krwistoczerwonego napoju do kryształowego kieliszka odbijającego mocne światło płonącego kilkanaście metrów dalej ogromnego ogniska i czekałem aż zaraz ujrzę jakąś znajomą twarz.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Sandnessjøen, Norwegia
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : wampir
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Wto Lip 21, 2015 2:07 pm

Kołysząc obutą w czarną balerinę stopą usilnie próbowała sobie przypomnieć, czy powinna tu kogokolwiek oczekiwać, czy z kimś się umawiała. Na podobnie wystawne gale chodziło się w parach, ale Amandine nie pamiętała, by kiedykolwiek miała kogoś u swego boku - kogoś poza wujkiem Antonem, którymś z kuzynów czy, później, Eleną. To jedna z niewielu rzeczy, których nie dała sobie narzucić... Czy której nawet narzucić jej nie próbowano. Jej nazwisko było cenne, stawiało pewne zobowiązania, wymagało odpowiedniego partnera, którego zapewne już wybrano - ale nie wiązało się to z naciskami na uwieszanie się przez nią czyjegoś ramienia. Nie wypadało, by dziedziczka pojawiała się sama, więc sama nigdy nie była - ale nie kazano jej podlizywać się pierwszemu lepszemu, młodocianemu arystokracie. Bo tego chyba też jej nie wypadało. Była dumną córą Løvenskioldów, a nie potrzebującą aprobaty sierotą.
Tym niemniej wciąż mogła przecież rzucić komuś beztroskie zaproszenie, wciąż mogła jakieś zaproszenie przyjąć. Z tym, że nie pamiętała, by tak było. Ostatnio w ogóle mało pamiętała. Była rozkojarzona bardziej niż zwykle i musiała przyznać sama przed sobą, że jakoś nie do końca sobie z tym radzi. Czy ktoś mógł poradzić sobie za nią? Raczej nie. Bardzo wątpliwe. To chyba jedna z tych spraw, z którymi uporać musiała się sama.
Rozważania przerwał jej znajomy dotyk, znajomy całus i znajomy głos. Nadmiaru podobnych czułości unikała już od kilku miesięcy, choć uniki takie raniły jej wciąż pełne wrażliwości serce. Nie chciała odseparowywać się od tych, na których jej zależało, ale chyba powinna. Chyba tak byłoby lepiej. Elena nie podzieliła się z nią jeszcze swym zdaniem na ten temat, sama Amandine nie umiała zaś dojść do innych wniosków. Nie powinna pozwolić się odkryć, a ludzie, jej przyjaciele i bliscy... Byli ciekawscy. Byli domyślni. Nigdy przedtem nie bała się tak cech, które dotąd - i nadal - tak wysoko ceniła.
- Antoś. - Drgnęła lekko, ale wytrzymała spojrzenie, odwzajemniła też przyjacielski pocałunek, pospiesznie muskając policzek chłopaka karmazynowymi wargami. - Dobrze cię widzieć. Już myślałam, że na tej stypie... - Komentując jednocześnie wspomniany, smętny nastrój, ruchem głowy wskazała najbliższą okolicę. - ...zmuszona będę zabawiać się sama.
Upijając kolejny łyk wina o całkiem niezłym roczniku (znała się na tym, choć teraz nie rozróżniłaby już zwykłych popłuczyn od alkoholu luksusowego), bezceremonialnie pomachała siedzącemu nieopodal znajomemu Grekowi, potem znów jednak całą swą uwagę koncentrując na Antonim.
- Jak tam? Co u Mai? - zapytała lekko. Nie pamiętała, kiedy ostatnio widziała się z innym Hukkelbergiem, niż jej przyjaciel. Zresztą, ostatnimi czasy w ogóle widywała mało kogo. Spontaniczne odwiedziny zdawały się tkwić w zawieszeniu do czasu, gdy Amy wszystko sobie poukłada - a póki co wciąż brakowało jej kilku puzzli.
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Kolvarien

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Bergen, Norwegia
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : za Protagonistami
Genetyka : jasnowidz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Wto Lip 21, 2015 5:27 pm

Nie da się ukryć, że wszystko ma swoje plusy i minusy, wydaje mi się jednak, że dobre, szlachetne pochodzenie w dzisiejszych czasach to jednak większa zaleta niż wada. Przynajmniej w moim osobistym odczuciu. Choć mam wielu mugolskich znajomych i niekiedy nawet miewam potrzebę, by się z nimi zamienić miejscami to jednak tylko na moment. Gdybym wiedział, że tak to wszystko będzie wyglądało – może bym kogoś zaprosił, nie wiem, czy byłaby to Leilani, ale w gruncie rzeczy nie narzekam na swoje towarzystwo bądź przypadkowo spotkanej Amandine Løvenskiold. Przecież się przyjaźnimy odkąd tylko pamiętam, to tak naprawdę jedna z tych osób, której mogę powiedzieć dosłownie wszystko, mimo że czasem zdarza nam się ścierać i do siebie nie odzywać, ale to normalne, nie potrzebujemy przecież kontaktu non stop, by doceniać siebie nawzajem i wartość tej długoletniej relacji – a takie są potrzebne w życiu każdego człowieka. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę z tego, że bez ludzi nie jesteśmy zbyt długo w stanie wytrzymać.
- Sam nie wiem, co tutaj robię – odpowiadam zupełnie szczerze, gdyż nie spodziewałem się czegoś takiego. Gdybym mógł to zostałbym w zamku, odpuszczając sobie tę całą stypę. Wypadało się jednak pokazać, choćby na chwilę, więc oto tutaj jestem. Plus taki, że spotkałem Amandinę, wzrokiem gdzieś zarejestrowałem kręcącego się obok Raptakisa, ale nigdy nie mieliśmy ze sobą szczególnie zażyłych stosunków. Ograniczały się raczej do starć na boisku, które zawsze były dość konkretne i agresywne. Grą fair-play nie zawsze da się dojść przecież do zwycięstwa, zdążyłem się już tego nauczyć, że czasem po prostu trzeba sobie pomóc w jakiś sposób. W końcu białe kłamstewka to moi mali przyjaciele. – Ostatnio czuję się coraz lepiej. Dużo trenuję. – Ale z kolei nie jest to jakąś nowością, zawsze dużo spędzałem czasu na boisku. Jeśli nie wiesz, gdzie mnie znaleźć to szukaj na stadionie. Ewentualnie w bibliotece, gdzieś pomiędzy regałami uginającymi się od książek. Zazwyczaj tam jestem, choć mam też swoje miejsca, których nie zdradzam wszystkim.
- Cóż… – mówię z westchnięciem, uśmiechając się lekko na samo pytanie. Chyba mogę powiedzieć swojej najlepszej przyjaciółce. Miałem nie mówić rodzicom, zgoda, dotrzymam słowa, ale Løvenskiold? O innych nie była mowa! – Maia jest w ciąży. – To nie jest sekret, który można długo utrzymywać w tajemnicy. Prawda kiedyś wyjdzie na jaw, a szersze, luźniejsze ubrania przestaną być pomocne. W końcu to już piąty miesiąc! Patrzę kątem oka na Amandine, kto by pomyślał, że jesteśmy rodziną. Co prawda daleką, ale jednak nasze rody się ze sobą powiązały, mimo sprzecznych światopoglądów. Czasem jednak tak jest, że nie na wszystkich ma się wpływ, zawsze ktoś będzie chciał się wyłamać z szeregu. – A ty, jak tam, co u ciebie słychać? Próbowałaś już coś z tego? – zadaję serię pytań, sam chyba zrobiłem się trochę głodny. Najpierw jednak nalewam sobie soku pomarańczowego i biorę jabłko w czekoladzie.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Sandnessjøen, Norwegia
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : wampir
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Wto Lip 21, 2015 5:55 pm

Rzeczywiście, gdyby dało się przewidzieć, jak dokładnie miały wyglądać dzisiejsze obchody, i Amandine mogłaby poważnie zastanowić się, czy jej udział w tym dziwnym przedsięwzięciu w ogóle był potrzebny. Oczywiście, odpowiedź zawsze byłaby twierdząca - nauki wujka oraz, od niedawna, także Eleny, silnie zakorzeniły się w główce Løvenskiold. Tym niemniej mogłaby się przez chwilę wahać, mogłaby zastanowić się, co dokładnie stało za taką a nie inną oprawą święta i co właściwie miało z tego wyjść.
Z tym, że to była niespodzianka, jedna z większych ostatnimi czasy - i wszystko to, o czym mogłaby myśleć wcześniej, skumulowało się w tej jednej chwili, gdy przekraczała próg polany. Tu natomiast, w samym sercu wydarzenia, trudno było przystąpić do jakichkolwiek analiz. Za dużo ludzi, za dużo rozmów, za dużo impulsów z zewnątrz. Dla kogoś takiego, jak Amandine, to nie były warunki sprzyjające koncentracji i intelektualnym wysiłkom.
Z przyjemnością więc poddała się małemu zwrotowi akcji, jakim było pojawienie się Antoniego. Za każdym razem, gdy go widziała, przed oczami przemykały jej sceny ze wspólnego dzieciństwa - i za każdym razem prowadziło to do niezwłocznej poprawy humoru. Już nawet nie chodziło o to, że są rodziną - te koligacje były zresztą dość niefortunne, małżeństwo niejakiej Julii Hukkelberg z Aldrikiem Løvenskiold na kilka dobrych lat stało się zarzewiem konfliktu obu rodzin - ale o to, co wypracowali sobie sami. Ostatecznie przyjaźni nikt nie mógł im narzucić i jeśli teraz mogli być komukolwiek wdzięczni za garść sympatycznych wspomnień, to chyba przede wszystkim sobie.
W każdym razie, kiwając głową i uśmiechając się szerzej na wzmiankę o treningach - doprawdy, widok Antoniego bez miotły był dziwny! - totalnie zaniemówiła przy kolejnej wieści.
- Co? - wykrztusiła ze zdziwieniem, po chwili uśmiechając się już niemal od ucha do ucha. - To wspaniała wiadomość! Chłopiec czy dziewczynka? I kto jest szczęśliwym tatą? - Nagły potok pytań był standardowym objawem faktycznego zaciekawienia Amandine, zaciekawienia, które było tym silniejsze, im bliższa jej była osoba, której plotka dotyczyła. A że Hukkelbergowie - przez osobę Antoniego - byli jej naprawdę drodzy, entuzjazm Løvenskiold nie powinien dziwić.
Bardzo starała się więc, by owa radość nie wygasła zbyt szybko, gdy Antek odbił piłeczkę i zainteresował się jej własną codziennością. Udawanie, że jest tak, jak przedtem wciąż przychodziło jej z trudem i w zasadzie tylko czekała, aż jej przyjaciel wszystkiego się domyśli. Z drugiej strony, nie w jej stylu było od tak się poddawać, wciąż więc próbowała zachowywać się zwyczajnie. Nie zdecydowała jeszcze, czy ktokolwiek powinien o jej przypadłości wiedzieć, stąd dla każdego musiała być taką Amandine, jaką znali przedtem. Wymóg ten dotyczył także - a może przede wszystkim? - Hukkelberga.
- U mnie... Jak to u mnie. - Wzruszyła lekko ramionami, chcąc, by jej słowa brzmiały jak najbardziej naturalnie. Uśmiechnęła się nieznacznie, poprawiając pojedynczy kosmyk włosów wymykający się spod kontroli. - Wujek stale próbuje mnie drogo sprzedać... - Ustalanie umów małżeńskich było przecież niczym więcej jak swoistą odmianą handlu niewolnikami. - ...wpisuje mi w grafik kolejne bankiety, urodziny i śluby, na których wypada się pojawić i co dzień przypomina, jaką to odpowiedzialną powinnam być. - Parsknęła cicho. - Aż się dziwię, że przy tym wszystkim mam się jeszcze kiedyś uczyć.
Znacznie trudniej było z odpowiedzią na kolejne pytanie, ale... Jeśli coś odziedziczyła po przodkach, to niewątpliwie zdolność do formowania dyplomatycznych odpowiedzi. Ostatecznie taką też karierę jej wróżono, prawda? Dyplomatki. To doprawdy niezły żart od losu - podarować jej jeszcze możliwość manipulowania zachowaniami podatnych na jej wampiryczne wpływy (choć wcale jeszcze nieopanowane) śmiertelników.
- Szczerze mówiąc, nie mogę się zdecydować. Od przybytku podobno głowa nie boli, ale czasami naprawdę żałuję, że nie chcą poczęstować nas czymś zwyczajnym. Porządny kawał mięsa może nie wygląda tak elegancko, jak ten fikuśnie udekorowany łosoś... - Ruchem głowy wskazała leżącą nieopodal rybę jednocześnie zastanawiając się, czy to nie jest przypadkiem okaz dostarczony przez jej własną rodzinę. - ...ale przynajmniej nie wymaga głębszego zastanawiania się, czy jeszcze nam smakuje, czy może już nie. - Zakołysała lekko kieliszkiem, umoczyła wargi w karmazynowym płynie by wreszcie z uśmiechem wskazać Antoniemu butelkę. - Za to wino mają naprawdę dobre. - Cóż, to przynajmniej wiedziała. Pamiętała.
Powrót do góry Go down
avatar
Pałkarz Verden

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Pireus, Grecja
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : mugolska
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Wto Lip 21, 2015 9:01 pm

Pierwszy kieliszek. Bogowie, jak tu jest nudno. Ludzi wydaje się być o wiele mniej niż w zeszłym roku, za to jedzenia jest pięć razy więcej. Drugi kieliszek. Nie wiem, co za politykę prowadzi kadra nauczycielska, ale za cholerę nie przypomina to wcześniejszych obchodów Nocy Walpurgii. Trzeci kieliszek. Cholernie dobre to wino, choć bezalkoholowe. Jednak humor mam coraz lepszy, więc może jeśli nie ma w nim procentów, to jest jakoś zaczarowane? Czwarty kieliszek nalał mi jakiś czwartoklasista, który to czyniąc próbował do mnie zagadać na błahy temat, jednak zbyłem go ciszą. Gdy nalewam piąty kieliszek krwistej ambrozji, moją uwagę przykuwa para siedząca nie więcej niż kilka krzeseł ode mnie. Hukkelberg i Løvenskiold, poznaję ich od razu. On jest kapitanem drużyny Kolvarienów, więc od czasu do czasu mamy przyjemność spotkać się na boisku. Ona jest w tym samym domu co ja, może zamieniłem z nią jedno lub dwa zdania w trakcie całego pobytu w szkole. Z racji braku innych ciekawszych zajęć, wytężam swój nadzwyczaj dobry słuch i próbuję dojść do tego, o czym tak zaciekle rozmawiają. Jakaś ciąża? Sprzedawanie? Nie mam pojęcia o co chodzi ani o kogo chodzi. Jednak nie zdziwiłbym się, gdyby chodziło o Amandine (tak chyba miała na imię). Nie znałem jej, ale trochę wyglądała na puszczalską. Chodziłem po najróżniejszych zakamarkach Grecji, wiem, jak wygląda przeciętna dziwka. Ciemnowłosa towarzyszka Hukkelberga wpisywała się w ten schemat bardzo dobrze. Właściwie nie wiem dlaczego, gdybym miał to wyjaśnić komukolwiek pewnie bym go zbył złośliwym bo tak.
Nienawidzę bab.
Dopijam ostatni łyk wina, bezceremonialnie wstaję ze swojego krzesła i nie pytając się nikogo o zdanie przysiadam się do pary. Chwytam pierwsze z brzegu jabłko i trochę teatralnie podrzucam je w dłoni zaczynając rozmowę.
- Kto zaciążył? - pytam bez ceregieli. Bawi mnie podglądanie innych, plotkowanie i wyciąganie z innych niewygodnych faktów z ich mniej lub bardziej nudnego życia. - Chyba nie ty, Løvenskiold? - Coś było nie tak z jej spojrzeniem. Wydawała się jakby nieobecna, nieswoja, odmieniona, co potrafiłem ocenić właściwie jej nie znając. Zmieniło się nie tylko jej wnętrze ale i wizerunek. Zwróciłbym na nią uwagę, teraz przy blasku płomieni i z bliższej odległości wydaje się nie być szarą myszką, za jaką zwykłem ją uważać. - A ty jak tam, Hukkelberg? Gotowi na skopanie wam tyłków na kolejnym meczu? - mówię, po czym patrzę się mu prosto w oczy, ostentacyjnie nadgryzam jabłko i uśmiecham się do niego nieco złośliwie.
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Kolvarien

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Bergen, Norwegia
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : za Protagonistami
Genetyka : jasnowidz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Wto Lip 21, 2015 9:18 pm

- Wierz mi, Ama, sam byłem w niezłym szoku! - Tak było, słowo daję. Nie potrafiłem nic powiedzieć przez pierwsze pięć minut. Na początku myślałem, że sobie ze mnie żartuje, potem jednak spostrzegłem jej śmiertelnie poważną minę. Dawno mnie tak nikt nie zaskoczył. Poza tym, nigdy nie wyobrażałem sobie Majki w roli matki. I wciąż tego nie widzę, a brzuch rośnie i rośnie, dziecko jest w drodze. – Nie wiem, szczerze mówiąc. Nie chciałem specjalnie wypytywać o płeć dziecka, to ponoć przynosi pecha. – A może tak naprawdę sama jeszcze nie wie? Trudno powiedzieć, chociaż wydaje mi się, że gdyby wiedziała to by mi powiedziała, chyba że czeka z tą wiadomością aż do samego porodu. Co jest w sumie dość prawdopodobną opcją. – Więc wyobraź sobie, że będę wujkiem! A co do ojca, wierz mi, nie chcesz wiedzieć, ale na pewno o nim słyszałaś. – To już jest znacznie gorszy temat. Cholerny Yngvi Venäläinen. Dowódca Sabatu. Tak, właśnie Sabatu. To nie brzmi raczej dumnie, rodzice dostaną permanentnego szału, gdy tylko się o tym wszystkim dowiedzą. Wciąż trwają w słodkiej nieświadomości i lepiej, by tak pozostało do samego końca. Byleby przez przypadek nie usłyszeli tego od osób trzecich, to mogłoby się źle skończyć.
- A propos, twój wujek ponoć był ostatnio u mojego taty. Wiedziałaś o tym? – Nie mam pojęcia, o co chodziło, ale domyślam się, że mogło chodzić o interesy. Nie ukrywam, to trochę dziwne, zwłaszcza że Løvenskiold nie był u nas od kilku lat i z samym Tobiasem był w dość napiętych relacjach niemal od zawsze. Co go jednak skłoniło, by odwiedzić mojego ojca? Trudno powiedzieć, a zresztą nieważne, nie moje sprawy, nie wnikam w to. – I jak, w takim razie musisz mieć pewnie napięty grafik, co? Nie przypadł ci żaden chłopczyk z Myklebustów czy Storstrandów? Moja matka była osobiście nimi zachwycona. – Całe szczęście, że moja rodzina odeszła od tych wszystkich bzdurnych swatek. To znaczy się, nie wszyscy, część familii, tej nieco dalszej i bardziej konserwatywnej, wciąż bawi się w aranżacje narzeczeństw czy małżeństw, ojciec jednak wspaniałomyślnie postanowił dać mi wolną rękę, o ile będzie to jakaś czystokrwista panna z dość dobrego domu. Niby niewielkie wymagania, ale jeszcze znaleźć kogoś takiego to nie lada wyzwanie.
- Łosoś. Czy to nie czasem słynny łosoś od Løvenskioldów? – pytam z nutką ciekawości w głosie, uśmiechając się szeroko. W końcu to jeden z moich ulubionych przysmaków! Muszę przyznać, że zawsze przepadałem za naszą skandynawską kuchnią, w której od zawsze było pełno mięsa czy ryb z północnych mórz. Poza tym, łosoś od Løvenskioldów to smak mojego dzieciństwa, szczególnie kiedy bywałem w rezydencji w Sandnessjøen. Dziś już tak często tam nie jestem, choć wciąż mam do tego miejsca i jedzenia ogromny sentyment. – To nie jest wino. To prędzej sok, Amandine. Sok porzeczkowy. Nie uznaję wina bezalkoholowego – mówię zgodnie z prawdą, po czym wzruszam bezradnie ramionami. W końcu nie mogą rozpijać uczniów, mimo że i tak grono pedagogiczne wie, co tak naprawdę niektórzy robią za ich plecami. Sam przecież niekiedy byłem nie lepszy, głośno jednak o tym nie mówię. W sumie to wszyscy mają coś za uszami, jeśli już mam być szczery. – Musisz kiedyś spróbować tego z naszej winnicy, w końcu to jedna z nielicznych w Norwegii. – Tak, to prawda, klimat temu zajęciu zdecydowanie nie sprzyja w Skandynawii, ale przecież z odrobiną magii nie ma rzeczy niemożliwych. Nagle jednak widzę Nikolasa, który zdecydował się przerwać naszą pogawędkę i uraczyć nas paroma zgryźliwościami. Nie ukrywam, że jest mi to na rękę, wolałbym raczej pozostać w towarzystwie Amandine, ale co poradzić.
- A ty czasem nie zaciążyłeś z którymś ze swoich chłopców, Raptakis? –  pytam od niechcenia, nie lubię, kiedy ktoś się wtrąca w nieswoje sprawy. A tym bardziej ludzie, z którymi niekoniecznie mam jakiś duży kontakt. – Dwa ostatnie mecze były dla was klęską, o poprzednim roku nie wspominając. Myślisz, że teraz coś się zmieni? – Dobrze, że za marzenia już nie palą na stosie. Już dawno byś nie żył, Raptakis.
Powrót do góry Go down
avatar
Koło Wzajemnej Przyjaźni

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Minnesota, USA
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : Manôgemasiz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : zajmuję się gimbem

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Wto Lip 21, 2015 9:42 pm

- Och, tak, opowiedz nam o tym więcej, Løvenskiold. - Wyłaniam się zza jej pleców jak jakiś duch zemsty, modelując głos na pełen nieszczerego współczucia. - Luksusowe spędy towarzyskie, pieniądze pod dostatkiem i rodzina, która próbuje zapewnić ci udane małżeństwo? To musi być okropne.
Prawdę mówiąc, to nie tak, że nie lubię tej dziewczyny. Jest mi absolutnie, całkowicie, doskonale obojętna. Po prostu widok Claireminy i Carla, którzy wspólnie spacerują i żartują z grobowej atmosfery święta, wyprowadził mnie z równowagi. Mam wrażenie, że jeszcze chwila i żółć samoistnie zacznie się ze mnie wylewać strumieniami, co za szczęście, że znalazłem kogoś, na kim mogę jej trochę upuścić. Biedna Amandine, jaki podły psikus spłatał jej los, skazując ją na przyjście na świat w bogatej i ważnej rodzinie. Pewnie dużo szczęśliwsza byłaby, gdyby urodziła się u jakichś skażonych alkoholową zarazą Svensonów, gdzie ojciec przez sześćdziesiąt procent czasy pije, a czterdzieści bije.
No i proszę, kogo tu jeszcze mamy? Hukkelberga i Raptakisa, obaj z pięknym licem, panny padają do stóp. Stoją tu i wykłócają się o głupi sport, zabawę tak tragicznie skonstruowaną, że każdy obeznany z teorią gier ledwo powstrzymuje się przed poderżnięciem twórcom współczesnych zasad gardeł po podaniu wyników kolejnego meczu.
- Nie przeszkadzam wam w tym pojedynku samców alfa? Bo jeśli koniecznie musicie w tym momencie robić zakłady, której drużyny szukającemu wiatr smagnie zniczem między oczy, z przyjemnością ominę te wasze słowne przepychanki. - Nie myślcie sobie, że przyszedłem tu tylko sobie ponienawidzić moich szkolnych kolegów. Zezuję w stronę ogniska. - Hukkelberg, znasz ludzi z komitetu. Wiesz, o co tu chodzi?
Może nie jestem najlepszy, jeśli o magiczne klocki chodzi, w końcu od samego początku uparcie twierdzę, że pisana jest mi przyszłość inżyniera. Jakby nie patrzeć, jestem jednak magicznym stworzeniem, i do jasnej cholery, umiem się zorientować, kiedy zapowiada się coś bardzo dziwnego i bardzo magicznego. Jeśli władze szkoły nie chcą, byśmy dobrze się bawili, po co w ogóle zaczynają organizację jakiegokolwiek przyjęcia? Na chwilę obecną wygląda to na przykrywkę. Tylko od czego chcą odwrócić uwagę?
Chyba jestem przewrażliwiony, ale przez głowę przechodzi mi myśl, że może chcą zorganizować jakąś łapankę? Ale przecież getta są zamknięte. Nie o to może chodzić.
Mimo wszystko wolałbym mieć Claireminę przy sobie. Co jej jednak powiem? Nie odstępuj mnie nawet o krok, Clairemino Brohl, bo twoja Yumama ma złe przeczucia i podejrzewa, że w razie gdyby coś się stało, Coletti z największą chęcią rzuci cię w ramiona niebezpieczeństwa, byleby ratować własne cztery litery?
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Sandnessjøen, Norwegia
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : wampir
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Wto Lip 21, 2015 9:57 pm

Ojciec, o którym nie chciałaby wiedzieć? W ustach popierającego Protagonistów Hukkelberga mogło znaczyć to w zasadzie tylko jedno - Sabat. Tylko kto? Jasne, okoliczności nie sprzyjały teraz rozplątywaniu towarzyskich sieci i szukaniu kandydata, który mógłby począć nowe życie - ale Amandine się tego dowie. Niedługo. Najszybciej jak się da? To może być całkiem niezły pretekst do zaaranżowania babskiego spotkania i nadrobienia zaległości.
Tymczasem zmarszczyła lekko brwi na wzmiankę o nieoczekiwanym spotkaniu dalekich kuzynów.
- Nie miałam pojęcia - odpowiedziała zgodnie z prawdą, unosząc wysoko brwi. Interesy interesami, ale nie od dziś było wiadomo, że Anton do Tobiasa Hukkelberga miłością nie pałał - i wzajemnie. To, że mogli wreszcie zdecydować się na choćby i oficjalne spotkanie było całkiem niezłą wiadomością. Sama Amy uważała, że już dawno powinni przestać strzelać te przedszkolne fochy i zachować się jak dorośli ludzie. To było jednak jej własne zdanie, nie mające nic wspólnego z przewidywaną rzeczywistością. To, że podobne spotkanie się odbyło, było faktycznym zaskoczeniem. - Przy najbliższej okazji muszę wypytać, o co chodziło, bo w tej chwili chyba zbyt wiele mnie omija. - Pokręciła lekko głową i sapnęła cicho. Do niedawna nie wykazywała może nadzwyczajnych chęci do wdrażania się w prowadzone przez rodzinę biznesy, ale chyba wypadałoby to wreszcie nadrobić. W końcu za kilka lat miała zająć się tym sama, prawda?
Tymczasem na wzmiankę o potencjalnych kandydatach, którzy mogliby podbić jej serce, nie mogła nie parsknąć śmiechem.
- Ten starszy Storstrand może i nie jest najgorszy, ale co ja tam wiem? - Uśmiechnęła się szeroko, a w jej szarych oczach błysnęło rozbawienie. - Zdaje się, że w naszej rodzinie to wujek zna się na mężczyznach najlepiej. - Nie miała nic do zarzucenia stuprocentowej heteroseksualności Antona, tym niemniej faktem było, że póki co jej zdanie co do mężczyzn mało się liczyło. Mało lub wcale. Z drugiej strony nie znalazła jeszcze nikogo, o kogo gotowa byłaby walczyć, nie widziała więc w tym układzie nic złego. Póki wujek nie stawiał jej na siłę przed ołtarzem - a na razie tego nie robił - nie miała powodu, by się wykłócać.
Potem, rzucając okiem na wskazaną przez Antoniego rybę, zdusiła w sobie żal i uśmiechnęła się nieznacznie. Graj, Amandine. Graj i nasyć się wspomnieniami.
- Całkiem możliwe. Kiedyś rzeczywiście zaopatrywaliśmy w niego szkołę i wątpię, by teraz się to zmieniło. Poza tym wygląda podobnie. - Jakkolwiek dziwnie mogło to brzmieć, łososie rzeczywiście można było odróżnić po kolorze. Te z łowisk Løvenskioldów mięso miały znacznie bledsze niż większość tańszych, szerzej dostępnych okazów.
I na tym miało się skończyć przyjemne spotkanie, bo pojawił się Nikolas. Tak pomachała mu, ale tylko dla przyzwoitości, tylko dlatego, że była dobrze wychowana. Czy naprawdę musiał traktować to jako zaproszenie? Szlag by to trafił... Chociaż nie, przepraszam, przynajmniej w pewien sposób się przydał - uratował ją przecież od zmagania się z własnym potknięciem. Wino. Widziała na butelce brak procentów, ale uwierzyła nazwie. Bo w nazwie było wino. Cholera, gdyby mogła poczuć smak, nie popełniłaby takiego błędu! Poczułaby, że proces produkcji był inny. Cholera, Eleno, dlaczego mi to odebrałaś?
A potem jeszcze Yuma. Kolejny sęp kołujący nad środowiskiem w poszukiwaniu padliny. Tylko Odyn jeden wiedział, ile silnej woli potrzebowała, by nie zaliczyć w tej chwili teatralnego, ostentacyjnego facepalma.
- Jakże miło was widzieć, chłopcy - rzuciła zamiast tego rozkosznie słodkim głosem. Musiała uważać. Bardzo. Łatwo ją było rozdrażnić, łatwo było ją sprowokować. Kiedyś to nie miało znaczenia, rzucenie się na kogoś z paznokciami nie kończyło się niczym więcej jak szramami na twarzy.
Teraz połamałaby ich jak zapałki. Miała tylko rok, a byłaby w stanie ułożyć ich wszystkich w pozycjach, o których im się nie śniło. Taka mała, nowoczesna, niewyobrażalna kamasutra.
Nie mogła sobie na to pozwolić.
Pozwalając Antoniemu odparować zaczepkę Raptakisa, założyła ręce na piersi. Nozdrza drgnęły jej lekko, podrażnione nagle bliską, kuszącą wonią dwóch samców, którzy tak mało się dla niej liczyli... Lub po prostu mniej, niż Hukkelberg. W przypadku Antoniego wystarczyło sobie przypomnieć, że to jej przyjaciel. Pomagało. W kontekście Nikolasa i Yumy brakowało jej mocnego argumentu, którego mogłaby się chwycić.
Szlag by to trafił. Wszystko. Jeśli grom z jasnego nieba kiedykolwiek był potrzebny, to właśnie teraz.
Ograniczyła się do zmierzenia Nikolasa - właśnie jego, skoro białowłosy przynajmniej chwilowo zwrócił swą uwagę na Antoniego - chłodnym, zdystansowanym spojrzeniem. Tak, jak dogryzanie sobie na temat quidditcha nijak jej nie interesowało - w lataniu na miotle nie widziała tej magii, którą dostrzegali panowie - tak tego samego nie można było powiedzieć o samym Greku. Nie lubiła go. Wydrapałaby mu oczy, gdyby tylko miała odpowiednio chroniący ją immunitet. Z drugiej strony jednak nie potrafiła sobie wyobrazić, że mógłby nagle zniknąć z jej życia. Był katalizatorem, swego rodzaju kozłem ofiarnym. Potrzebowała go, by zachować równowagę. Zabawne.
- Właśnie, Raptakis, wycałowałeś już wszystkie ropuchy z naszego stawu? - Uniosła lekko brwi i uśmiechnęła się niewinnie. - Słyszałam, że poszukiwania księcia z bajki są wyczerpujące.
Powrót do góry Go down
avatar
Pałkarz Verden

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Pireus, Grecja
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : mugolska
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Wto Lip 21, 2015 10:53 pm

Robi się wesoło, proszę państwa!
- Nie, jeszcze nie wszystkich - odpowiadam Hukkelbergowi i szelmowsko się uśmiechając, unoszę jedną brew. Wiem, że wśród wielu uczniaków mam opinię podrywacza, który zalicza każdego, kogo sobie upoluję. Nigdy nie zaprzeczałem tym pomówieniom, gdyż no właśnie, nie do końca nimi były. Jeśli mam być szczery miałem głęboko w dupie co inni o mnie myślą. A już na pewno Antoni-Dostaję-Wszystko-Co-Zechcę-Hukkelberg. - Ale w każdej chwili można moją listę powiększyć o jedno nazwisko. - To mówiąc przewracam oczami i wyrzucam niedojedzone jabłko za siebie, nie zważając na to czy ktoś akurat tamtędy przechodził - a tak chyba było, bo usłyszałem jakieś oburzone głowy a w następnej kolejności wyzwiska skierowane w swoją stronę. - No tak, pan kapitan oczywiście jak zawsze doprowadzi swoją drużynę do pucharu, czyż nie? - O quidditchu można mówić co się chce, można lubić ten sport lub nie. Jednak tak jak w mugolskim świecie piłka nożna ekscytuje miliony osób, tak tutaj latanie na miotłach i granie w tę magiczną wariację na temat baseballu jest sportem najwyższej klasy. Za dzieciaka bardzo lubiłem chodzić na mecze piłki nożnej z moim wujkiem, zacząłem też nawet uczęszczać na treningi, jednak gdy przeniosłem się do Dahlvaldu, od razu wstąpiłem do tutejszej drużyny quidditcha. Wielokrotnie proponowano mi zostanie kapitanem, zawsze odmawiałem, gdyż wiedziałem, że pozabijałbym tych wszystkich nieudaczników.
Już miałem kontynuować moje zaczepki kierowane do Antoniego, gdy przerwał nam ten blond kutas. Z całej gromady osób, na które nakleiłbym kartki z napisem "jestem idiotą", jego nienawidziłem najbardziej. Wiecznie przemądrzały, wiecznie się wpieprzający w nieswoje sprawy, wiecznie perfekcyjny. Jak to z większością uczniów w tej szkole bywało, nie zamieniłem z nim więcej niż może dwa czy trzy zdania, ale już miałem wyrobioną o nim opinię. Yumaikvayatawa (do cholery, co to w ogóle za imię, jak to się w ogóle wymawia?) pojawił się znikąd i już musiał wtrącić swoje nędzne trzy grosze. - Jeśli któryś z nas ma być  samcem alfa to na pewno nie ty, Yuma. - Nalewam sobie kolejny kieliszek produktu winopodobnego, przez moment intensywnie myśląc nad tym, jak go ulepszyć. - Kochana, na bezrybiu i rak ryba, a to jezioro jest pełne świeżego mięska. Książę mi niepotrzebny, jestem samowystarczalny. - Zwracam się do Amy i z udawaną nonszalancją wypijam spory łyk czerwonego napoju.
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Kolvarien

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Bergen, Norwegia
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : za Protagonistami
Genetyka : jasnowidz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Sro Lip 22, 2015 4:31 pm

- Ja też zapytam ojca. Może dowiemy się czegoś ciekawego. Poza tym, miałem okazję rozmawiać kiedyś ze Storstrandem, całkiem oczytany z niego chłopak. A Myklebustowie przychodzą niedługo na obiad, Gudrun ich bardzo polubiła, więc może chcesz do nas przyjść? – mówię po chwili, spokojnie biorąc łyk soku pomarańczowego. Mimo że nie powinno interesować mnie ich spotkanie to jestem ciekaw, dlaczego stary Anton niespodziewanie odwiedził mojego ojca. Nie wierzę w ich cudowne pogodzenie się, Tobias nie jest człowiekiem, który łatwo wybacza, a już na pewno nie przy pierwszej lepszej okazji. Cóż, wtrącenie się Yahto i Raptakisa nie było mi na rękę. To był duży minus takich świąt, w końcu często prowadziły do nieoczekiwanych konfrontacji, takich jak na przykład w tym momencie. Myślałem, że uda mi się spędzić ten dziwny wieczór chociaż w przyjemnym towarzystwie Amandine. Jak widać, moje plany zostały pogrzebane. – Widzisz, nie kręci mnie ponoszenie ciągłych porażek – mówię zgodnie z prawdą, lustrując Nikolasa indyferentnym spojrzeniem, po czym wzruszam ramionami. To musi być jakiś grecki masochizm w wykonaniu Raptakisa. Kto wie, może lubi jak ktoś się na nim wyżywa? Tak naprawdę nie obchodzi mnie, co inni sądzą na temat sportu. Latanie na miotle, wiatr we włosach i uganianie się za kaflem to coś, co lubię najbardziej. I nie wzruszają mnie zgryźliwości tego białasa ze Stanów – myśli, że skoro przyjechał z Ameryki do Skandynawii to wszystko mu wolno. Na mordę Ymira, nie, Yahto, to nie ten klimat.
- Yahto – mówię po nazwisku, bo nie pamiętam nawet jego imienia, ponoć istnieje legenda, że ktoś kiedyś wymówił je bez zająknięcia – nie wiem, czy zauważyłeś, ale raczej nie jesteś tutaj mile widziany. Poza tym, od kiedy interesuje cię życie szkolne? Czyżbyś się uspołecznił? I nie powinieneś czasem właśnie bawić się w matkę tej rudej sieroty? Czy już ci się znudziło i odstąpiłeś tę zaszczytną rolę Colettiemu? – Nie wiem, gdzie ty masz oczy, Yahto, ale nigdy bym nie powierzył dziecka tak nieodpowiedzialnej i zadufanej w sobie osobie, jaką właśnie jest Charlie. Jeśli chodzi o twoje pytanie to udało mi się co nieco dowiedzieć na temat tegorocznej nocy Walpurgii, nie musisz jednak o wszystkim wiedzieć, szczególnie że nigdy nie pałaliśmy do siebie sympatią i nie mam wobec ciebie żadnych zobowiązań. Wtyk w Komitecie Uczniowskim może nie posiadam zbyt wielu, jedynie Isolde Verdneer, z którą od jakiegoś czasu mam bardzo dobry kontakt. Jest jeszcze Iris, ta nieszczęsna Mårdhówna, która stara się uprzykrzać mi życie na każdym kroku, ale z nią ograniczam kontakt do minimum. Wzdycham cicho pod nosem i kątem oka patrzę na spokojną Amandine. Dobrze widzę, że chyba czuje się trochę nieswojo, znam ją przecież na wylot od dzieciństwa. W dodatku ostatnio trochę odseparowała się od społeczeństwa, robiąc dobrą minę do złej gry. Przede mną jednak nie musi niczego ukrywać.
- Czegoś jeszcze od nas chcecie czy może już dacie nam spokój?
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Inari, Finlandia
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : ubogi

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Sro Lip 22, 2015 5:03 pm

Jestem... niespokojny. Czuję się... źle. Złe samopoczucie wycieka ze mnie z każdym krokiem, słowem i nic nie przynosi mi ulgi. Nie jest dobrze i znam siebie na tyle, aby wiedzieć, że to nigdy nie przyniesie mi nic pozytywnego. Spędzam coraz więcej czasu w sali muzycznej coraz bardziej wkurwiony na muzykę, która ze mnie wychodzi. Jest zła, kiepska, jest marna jak to, co mam w głowię. Nie znoszę marności, słabości, nie mogę tak bez celu ciągle, nie potrafię się pogodzić z utratą... Nie mogłem jej stracić.
Boli mnie wszystko, bolą mnie żyły od tego napięcia, boli mnie głowa, nieobecny snuję się po korytarzach, warcząc i mrużąc oczy jak niebezpieczne zwierzę. Gdzie mój kaganiec, gdzie człowiek, który może mi pomóc nad tym zapanować.
Święto Walpurgii. Na wszystkich bogów, to tak jakby ktoś choremu na wściekliznę psu wrzucił do kojca gumowe zabawki. Ot tak, dla rozrywki. Przepycham się między ludźmi coraz bardziej zagniewany, wypadam z roli, nie schodzą mi z drogi sami, czuję, że chcę kogoś udusić, pod palcami niemal czuję tętniące żyły, fakturę materiału uczniów, z którymi bez powodu się szarpię, aby zaraz iść gdzieś. Jak otumaniony. Czuję się źle, wyglądam źle, jasne włosy w nieładzie, niedopięta szata, niewyspane spojrzenie podkrążonych oczu, tik nerwowy policzka, grymas niechęci.
- Anton - mówię, pojawiając się znienacka za plecami Hukkelberga głosem tak grobowym, że sam się wzdrygam. Co mi jest, gdzie ta melodyjność moja, gdzie moje dźwięki. Jestem... Jestem zagubiony.
Rozglądam się po towarzyszących mu ludziach i choć gdzieś w podświadomości te twarze wydają się być znajome, to jakaś wielka, czarna płachta przysłania mi wszystkich, robiąc z nich tylko maski codzienności.
- Wspaniały klimat uroczystości. - Zawieszam niewidzące spojrzenie na jedynej żeńskiej twarzy w towarzystwie, próbując idealnie grać swoją wrodzoną nutę rozbawienia i obojętności. Tylko roztańczone nerwowo palce zdradzają mój nastrój, drgają, a ja nie mogę nad nimi zapanować. Stójcie, do cholery, zacisnę pięści, stop, to nie czas.
Zamykam oczy i robię pierwszy głębszy oddech, jakbym nie robił tego przez całe życie.
Powrót do góry Go down
avatar
Koło Wzajemnej Przyjaźni

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Minnesota, USA
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : Manôgemasiz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : zajmuję się gimbem

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Sro Lip 22, 2015 5:54 pm

Och nie, Raptakis właśnie rozwiał moje marzenia o przewodzeniu tej bandzie kretynów. Co za szkoda, naprawdę byłem przekonany, że wśród tych rozszczekanych szczeniaków jestem prawdziwym samcem alfa. Wywracam tylko oczami na jego dziecinną uwagę, co dalej, "chyba ty!" czy "a może raczej twoja matka!"? Błagam, niech mi oszczędzą takich upokorzeń!
To dosyć ironiczne, bo w chwili, gdy myślę o tym, jak żałosny jest Raptakis w tej próbie ośmieszenia mnie, głos zabiera Hukkelberg.
W naszym języku do momentu przybycia pierwszych Europejczyków nie funkcjonowało pojęcie "wróg". Oczywiście, że zdarzały się pewne niesnaski i nieporozumienia, w znacznym stopniu wzajemne stosunki łagodziły jednak liczne tabu. Niektórych słów nie można po prostu wypowiadać, a pewnych rzeczy nie można robić. To bardzo ułatwia sprawę i pozwala uniknąć sytuacji takich jak ta.
Bo w tym momencie nawet nie jestem w stanie powiedzieć, co powstrzymuje mnie przed rozszarpaniem Hukkelberga na drobne kawałki. Zresztą, co mógłbym stracić? Clairemina i tak mnie nienawidzi, a z tego, co widzę, reszta szkoły tym bardziej nie darzy mnie sympatią. Mogę się założyć, że kilka osób polubiłoby mnie, gdybym pozbył się tego...
Nie, nie powinienem nawet myśleć w taki sposób, chociaż przyznaję, że perspektywa kusząca.
- To nie twoja sprawa, Hukkelberg - komentuję tylko w ten sposób jego odniesienie do mojego życia. - I nie przypuszczałem, że jesteś aż tak głupi. Jeśli twoim jedynym zmartwieniem jest to, że w tym roku nie poskaczesz sobie przez ognisko w rytm skandynawskiej muzyki country, to gratuluję rozwagi. Jeśli jednak za całą tą stypą kryje się jakaś katastrofa, z całego serca życzę ci, byś znalazł się w jej samym centrum. - Patrzę prosto w oczy Antoniego, wygłaszając tę tyradę, i dopiero po chwili dociera do mnie, co właśnie zrobiłem. Słowa mają moc, prawda? Czuję krótkie ukłucie paniki, że być może naprawdę będę miał go na sumieniu, ale jestem zbyt wściekły, by cokolwiek odwoływać.
Chcę się wycofać, prawie przy tym wpadam na Jukanpoikę. Otwieram już usta, by i jego uraczyć kilkoma uwagami, ale natychmiast je zamykam, na Wielkiego Ducha, ten człowiek wygląda tak, jakby uciekł z własnego pogrzebu. Odwracam się do Raptakisa, może dlatego, że z całego grona wydaje mi się najgłupszy, nie sądzę, by wpadł na pomysł, jak mógłby wykorzystać rówieśnika w tak koszmarnym stanie.
- Przydaj się do czegoś i zabierz go do skrzydła medycznego - rzucam do niego suchym tonem i dopiero wtedy się odwracam.
Słowo daję, mam serdecznie dosyć tego dnia.

z tematu
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Sandnessjøen, Norwegia
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : wampir
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Sro Lip 22, 2015 8:16 pm

Zapowiedź jakże przyjemnego wieczoru kończąc ostatecznie prędkim skinięciem głowy na propozycję Hukkelberga - odwiedziny w rodzinnym domu Antoniego to nie coś, czego by odmawiała - potem, przy okazji małej utarczki słownej z Nikolasem parsknęła cicho. Samowystarczalny. Żaden facet taki nie jest, ale wszystkim się wydaje, że doskonale radzą sobie sami. Doprawdy, żadne dziewczę nie dorówna im nigdy z wybujałą samooceną!
Oczywiście, ani myślała się tym osądem podzielić. Jeszcze biedny Raptakis zarumieniłby się, zawstydził i zaniemówił? Nie można było na to pozwolić! Poprzestała więc na wspomnianym już, sugestywnym prychnięciu, kolejne akty przedstawienia pozostawiając chłopcom.
W ogóle odzywała się niewiele. Co i raz upijając łyk zupełnie bezsmakowego napoju wabiącego ją z wysokiego, kunsztownie zdobionego kieliszka, spoglądała to na jednego, to na drugiego, to na trzeciego, nie widząc powodu, dla którego miałaby się wtrącać. Starcie trzech kandydatów na alfę, jakżeż to emocjonujące? Szkoda tylko, że jeden z nich ustąpił tak szybko - Yuma, gdzie uciekasz, wracaj, pooświetlaj nas jeszcze przez chwilę swym majestatem - i zastąpiony został tylko przez Jukanpoikę. To znaczy... Może nie tylko. Może , gdyby posłużyć się tutaj inną perspektywą. Póki co jednak ocena Amandine wynikała z porownania obecnych do potencjalnych przewodników stada i, cóż, Lágon wypadał raczej słabiutko - żeby nie powiedzieć, że nijak.
Oczywiście, pozory mogły mylić. Løvenskiold słyszała to co wieczór zamiast standardowych, czytanych dzieciom na dobranoc bajek o księżniczkach i smokach, dziwnym byłoby więc, gdyby nie zapamiętała. Z drugiej strony, nie przypominała sobie, by chłopak kiedykolwiek dał jej powód do zweryfikowania jej poglądów, stąd teraz oceniała go tak a nie inaczej. Jeśli krzywdząco - będzie trzeba nad tym popracować.
Mimo tego jednak, mimo całej tej gry potencjalnie błędnych ocen, Amandine uśmiechnęła się lekko, sympatycznie, jak do każdego, kto nie zasługiwał na miano jej zagorzałego wroga. Szczerze mówiąc, tak samo mogłaby uśmiechnąć się też do Yumy czy Nikolasa - gdyby to miało mieć jakiekolwiek znaczenie. Ale nie, ci tutaj woleli ścierać się w bezsensownych konfrontacjach, w jakże fascynującej walce kogucików - i Amandine ani myślała im w tym przeszkadzać.
Może kiedyś się opamiętają.
Może kiedyś - cytując jedno z bardziej znienawidzonych słów okresu nastoletniego buntu - dorosną.
Tymczasem kolejny łyk niby-wina, ciche westchnięcie rozczarowania. Przez krótką chwilę zupełnie ignorując obecność pozostałych dwóch, zerknęła na Antoniego.
- To co, jakieś fikuśne zaklęcie na przyspieszoną fermentację? - zaproponowała beztrosko. Stypa stypą, ale nawet na najbardziej eleganckim bankiecie pogrzebowym się piło. To po prostu była tradycja. A że większość tutaj była małoletnia? Na miłość wszystkich nordyckich bogów, to jeszcze nie powód, by tradycji zaniedbywać!
Kątem oka spojrzała jeszcze na Nikolasa i Lágona, by wreszcie wzruszyć ramionami, wyciągnąć różdżkę i musnąć jej końcem taflę karmazynowego płynu we własnym kieliszku, mamrocząc przy tym stosowne zaklęcie.
Nie, żeby dla niej samej obecność alkoholu lub jego brak robiło jakąkolwiek różnicę, ale miło będzie przynajmniej poudawać, że rzeczywiście zamienia swą zimną krew w procenty, i że niezwykle jej ten proces smakuje.
Powrót do góry Go down
avatar
Pałkarz Verden

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Pireus, Grecja
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : mugolska
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Sro Lip 22, 2015 9:51 pm

Proszę, dawajcie mi bardziej do zrozumienia, że mnie nie znosicie. Jeszcze trochę i uronię łzę. Nad waszą głupotą. Naprawdę, oni za wszelką cenę próbowali mi uświadomić ich niechęć do mojej osoby. Gdybym o tym nie wiedział. Gdyby mnie to w ogóle interesowało. Sam staram się ze wszystkich sił, żeby mnie nienawidzono. Serio, kompletnie mi nie zależy na jakichkolwiek relacjach z ludźmi. Z tymi ludźmi. Kiedyś jako dzieciak popularną grą było co byś zrobił gdyby... Nikolasie, co byś zrobił, gdybyś płynął statkiem, ten by się rozbił i mógłbyś uratować dwie osoby? Kogo byś wziął na tratwę? Odpowiedź jest prosta. Popłynąłbym sam, bo bym szybciej dotarł na brzeg. A że gdzieś tam we mnie siedzi cząstka dobra i miłosierdzia, zanim bym odpłynął z miejsca katastrofy, najpierw potopiłbym wszystkich niedobitków, coby się nie męczyli za bardzo. Taki ze mnie kochany Grek.
Lágon zjawił się równie niespodziewanie jak Pan-Nikt-Nie-Potrafi-Wymówić-Twojego-Imienia. Wyglądał jakby przed chwilą wstał z grobu i jakimś cudem dotarł na polanę św. Walpurgii. No tak, tylko jego tutaj brakowało.
- Nikogo nie będę odprowadzał, sam się tak załatwił, więc sam niech się z tego wyleczy - prychnąłem pewnie w mniemaniu innych trochę zbyt teatralnie. Już słyszałem pogłoski, że smalę cholewki do Jukanpoika, co oczywiście było idiotyzmem i nieprawdą. Udawałem, że bawię się kieliszkiem od wina, jednak nadal kątem oka spoglądałem na Lágona. Coś w jego oczach mówiło, że naprawdę źle z nim. Oczywiście nie dałem po sobie poznać, że mnie to w jakiś sposób ruszyło, sam zresztą nie wiem, czy chciałem się tym przejmować. To zwykły palant, raz się zabawić i potem omijać na korytarzu, żeby czasem nie zaczął rozmowy. Taktyka pierwsza klasa. - Uuu, piękna czarnowłosa widzę się zbuntowała! - Że ja też wcześniej nie pomyślałem o zaklęciu na dodanie procentów do krwistego soku. Wyciągnąłem szybko różdżkę, spojrzałem czy żaden z nauczycieli nie jest w zasięgu wzroku i po chwili już miałem przepyszny, prawdziwy trunek z najwyższej półki. - A ty co, czyżbyś już nas wyprzedził i wypiłeś cały dzban wina? - zwróciłem się do Lágona, uśmiechając się złośliwie i ostentacyjnie wznosząc za niego mały toast.
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Kolvarien

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Bergen, Norwegia
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : za Protagonistami
Genetyka : jasnowidz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Sro Lip 22, 2015 10:30 pm

Za dużo się dzieje. I to w tak krótkim czasie! Przed oczyma nagle mam zbyt wiele postaci. Amandine. Nikolas. Yumawikvayatawa, ktory zdążył już sobie pójść. Całe szczęście, najwyraźniej dość mocno podniosłem mu ciśnienie swoimi słowami o Claireminie, jednak taki był mój cel – spławić go z prędkością światła. Nie jestem głupi, dobrze widzę, że coś jest dzisiaj nie tak, nie jestem ślepy. Chyba nie zdajesz sobie sprawy do kogo mówisz, Yahto. I nagle Lágon, który pojawia się nie wiadomo skąd. Mój drogi przyjaciel,  jeden z niewielu, zaraz przy Løvenskiold czy chociażby Sørensen. Zauważam od razu, że nie jest najlepszym stanie. Nie, to za mało powiedziane. Jukanpoika jest w tragicznym stanie. Nie wiem, czy to na wypadek upojenia alkoholowego, czy coś faktycznie jest na rzeczy – czym prędzej jednak odpycham Raptakisa, nie będzie mi zagradzał drogi, chwytam mocno Lágona za ramię, by przypadkiem nie upadł na ziemię i lustruję go uważnie. W dodatku sam czuję, jak zaczyna mi pękać głowa. Dlaczego. Dlaczego akurat w tym momencie? Zawsze tak się dzieje, kiedy wkrótce ma pojawić się jakaś wizja. Myślałem, że na jakiś czas jestem od nich wolnych, okazuje się jednak, że dzisiejsze złe przeczucia prawdopodobnie się ziszczą. Zaciskam jednak mocno zęby, nie dając po sobie poznać, że coś jest nie tak.
- Nie mam nic przeciwko przyspieszonej fermentacji, tylko Amandine, proszę, weź go stąd ode mnie, bo zaraz mu krzywdę zrobię. –
Mówiąc to z lekkim uśmiechem na twarzy, rzucam spojrzeniem porozumiewawczo w kierunku Nikolasa, mam na głowie teraz inny problem niż on. I to znacznie poważniejszy! Niepotrzebne mi piąte koło u wozu. – Co się dzieje – dodaję czym prędzej, prowadząc jasnowłosego chłopaka w stronę krzesła, aby na nim usiadł. W sumie to nawet nie wiem, czy zadałem to pytanie do siebie, czy bardziej do niego. Patrzę w jego oczy, tak puste jak nigdy, jak gdyby Lágon ducha z siebie wyzionął. Potrząsam nim lekko, chyba faktycznie zaraz będę musiał go przetransportować do skrzydła medycznego. Pozostaje jednak pytanie, czy ktokolwiek tam dzisiaj będzie? No co jest grane, dawno cię tak beznadziejnie wyglądającego nie widziałem. Co muszę teraz zrobić?


Ostatnio zmieniony przez Antoni Hukkelberg dnia Czw Sie 06, 2015 10:56 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Inari, Finlandia
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : ubogi

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Czw Lip 23, 2015 6:39 am

Co tu się dzieje, wszystko działa jakoś tak znacznie za szybko, a zaraz potem dużo zbyt wolno bym uwierzył, że takie tempo ma rzeczywistość. Mija mnie Yuma i zajmuje mi chwilę, by zrozumieć, że to on, a potem następną, by pojąć, co oznaczał jego wyraz twarzy. Zamykam powoli oczy, otwieram powoli oczy.
Nikolas.
Powietrze zmieniło się chyba w coś gęstego, tak wolno się do niego odwracam. Co to miało w ogóle znaczyć ten komentarz, ta szpilka. Rozwieram powieki z grobową miną i spoglądam na Greka, z jakiej to okazji, Nikolasie. Czy coś ci zrobiłem? Kiedykolwiek? Tylko uśmiech, może dwa, może kiedyś przyglądałem się jak...
Nie wiem, kiedy napinają mi się mięśnie, czuję to aż w karku, potrzebę tak silną i głęboką, aby wpleść palce w jego włosy i zedrzeć z twarzy ten uśmiech. Nie wiem, kiedy podnoszę już ręce w jego stronę, mam przed oczami mgłę, wyjmę mu z głowy jego oczy, pożyczę na trochę, coby mi moje zastąpiły, bo ewidentnie nie działają za dobrze, za sekundę... I znowu czas zbyt szybko, a ja za wolny, nie musisz mnie tak mocno trzymać, z nogami mam wszystko dobrze. Z rękoma też, puść mnie na chwilę to ci pokażę, póki mi Raptakis sprzed oczu nie zniknie. Wypatruję za nim niemal tęsknym wzrokiem, jestem prawie pewien, że symfonia jaką by mi podarował podczas naszych pieszczot uzdrowiłaby mnie natychmiast, jestem przekonany, jestem... I siadam. No dobra.
- Słucham? - pytam uprzejmym tonem. Jak wygodnie się siedzi, miałeś rację, lepiej niż stoi. Czemu ja od razu tego krzesła...? I świat przestał szaleć, chyba, tak bardzo. Zamykam oczy, otwieram oczy. Podnoszę dłonie do twarzy i pocieram ją, jakby była zupełnie obcą twarzą. Co się dzieje? O co chodzi? - Ty mi powiedz - odpowiadam po krótkim namyśle. - Zawsze byłeś tym mądrzejszym - mówię, choć wcale nie jestem tego pewien. Nigdy się tak nie czułem, Antoni, to uczucie czyni mnie w tym momencie chorym.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Sandnessjøen, Norwegia
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : wampir
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Czw Lip 23, 2015 2:52 pm

Tak bardzo niefortunnie ocenionego Lágona pozostawiając pod opieką Antoniego, sama ostatecznie niemal pełnię swej uwagi poświęciła Nikolasowi. Oczywiście, ani myślała przenosić się na inne miejsce - posiadanie w pobliżu przyjaciela było całkiem niezłym punktem zaczepienia, zaskakująco skutecznym ułatwieniem panowania nad sobą - ale kimże by była, gdyby rzeczywiście Raptakisa jakoś nie zajęła? Nie, żeby zależało jej na jego dobrym samopoczuciu - to naprawdę ostatnia rzecz, która ją interesowała - ale gdyby doszło tu do samczych rękoczynów... Cóż, byłoby jeszcze mniej sympatycznie niż dotychczas.
- Piękna czarnowłosa po prostu nie jest przyzwyczajona, że czegokolwiek jej się zabrania. - Całkiem świadomie sięgając po pozę rozpieszczonej księżniczki uniosła brwi znacząco i upiła kolejny łyk teraz już pełnoprawnego, pachnącego alkoholem wina. Zatrzymała kilka kropel trunku na języku, gdy jednak - z oczywistych względów - nie doprowadziło jej to do pełnej różnych smaków rozkoszy, westchnęła cichutko i skrycie, dając sobie spokój z podobnymi próbami.
Nie mogła nie zareagować także na komentarz dotyczący Lágona. To, że chłopaka w zasadzie za dobrze nie znała nie znaczyło, że nie może stanąć w jego obronie. Przecież w tej chwili opowiadanie się za Jukanpoiką sprowadzało się do stanięcia w opozycji do Nikolasa - a takich okazji Amaninde nigdy nie przepuszczała.
- Co, zazdrościsz mu? - zapytała, uśmiechając się z leniwym rozbawieniem. Sama wprawdzie nijak nie oceniłaby Lágona jako będącego pod wpływem - cóż, a przynajmniej nie pod wpływem czegoś, co można zawrzeć w zatkanej korkiem butelce i sprzedać pierwszemu lepszemu klientowi - ale skoro Raptakis raczył tak postawić sprawę, mogła podjąć tę grę. Bo czemu nie? - Może po prostu jest na tyle sympatyczny, że ktoś już go ugościł... Wiesz w ogóle co to jest sympatia? - Przekrzywiła lekko głowę, spoglądając na Nikolasa z niewinnym uśmiechem.
Powrót do góry Go down
avatar
Pałkarz Verden

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Pireus, Grecja
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : mugolska
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Czw Lip 23, 2015 3:21 pm

- No tak, dziewczynka z bogatej familii zawsze dostaje to co chce, czyż nie? - Nie mam ochoty wchodzić w dalsze pogawędki z Amandine, gdyż zwyczajnie mi się nie chce. Jest zbyt irytująca, bym poświęcał jej więcej czasu. Kolejne dwa kieliszki wina wypiłem i nawet nie pamiętam kiedy. Chyba trochę przesadziłem z zaklęciem fermentującym. Zawsze uważałem, że mam mocną głowę, nie raz i nie dwa zdarzało mi się spożyć litry alkoholu wszelkiego rodzaju i czułem zaledwie lekki szum. Teraz po raptem trzech średniej wielkości lampkach mam typowe dla tego stanu spowolnione ruchy, a oczami staram się mrugać jak najkrócej, bo przy dłuższym ich zamknięciu wydaje mi się, że jestem na karuzeli ustawionej na maksymalne obroty.
Siedzę w niezmiennej pozycji na krześle i obserwuję rozwój wydarzeń. Hukkelberg jak zwykle udaje kogoś, kto by mi miał zaraz przyłożyć, co jest oczywistą bujdą, bo nigdy taka sytuacja się nie miała miejsca, ani mieć nie będzie. Gdyż to zwykła pizda. Gdy przytrzymuje Jukanpoika odnoszę nieodparte wrażenie, że ten za wszelką cenę tego nie chce. Lagun co chwila spogląda na mnie, ja trochę przez wzgląd na upojenie alkoholowe, trochę przez mój zawzięty charakter, nie odwracam wzroku ani na moment tylko uporczywie odwzajemniam spojrzenia. Jak zwykle w tym stanie myśli nagromadzają się w mojej głowie niczym jakiś rozjuszony ruj pszczół w o wiele za małym ulu. A każda z nich próbuje się wydostać na zewnątrz. Odwracam jednak się od Jukanpoika i reszty, siedząc z łokciami podpartymi o stół, głową pochyloną i nogami skrzyżowanymi pod krzesłem. Wtedy moje nadto filozoficzne, pijackie przemyślenia zakłóca Ama.
Ktoś ją w ogóle pytał o zdanie?
- Założę się, że ty ugościłaś wielu chłopców w swoim życiu. - Złośliwy uśmieszek powrócił na sekundę, jednak potem szybko zniknął. - Sympatia? To wtedy, gdy ktoś jest niezbyt urodziwy i chcąc o nim powiedzieć coś dobrego mówisz ale on sympatyczny. O to chodzi, no nie? - I kolejny szybki uśmiech.
Powrót do góry Go down
avatar
Kapitan Kolvarien

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Bergen, Norwegia
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : za Protagonistami
Genetyka : jasnowidz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Czw Lip 23, 2015 3:54 pm

Lágon, Lágon, same problemy z tobą. Jesteś jednak moim przyjacielem – tak już się złożyło i tak zostanie. Przyjaźń to dla mnie niezwykle ważne słowo, a dla tych najbliższych potrafię zrobić wiele, dlatego już nie raz i nie dwa nadstawiłem dla ciebie karku, tylko po to, aby uratować twoje cztery litery. Coś czuję, że dziś będzie podobnie, choć tym razem naprawdę jest źle. Coś ty ze sobą zrobił, Jukanpoika? Co musiało się stać, że doprowadziłeś się do aż takiego stanu? Owszem, widziałem już ostatnio w twoich oczach, że coś jest nie tak – miałem jedną wizję z twoim udziałem, jednak nic nie potrafiłem z niej wywnioskować. A może chodziło właśnie o ten nieszczęsny dzień? Katastrofa, po prostu katastrofa. Wzdycham ciężko, po czym kucam powoli i patrzę w twoim kierunku. To ja zawsze byłem mądrzejszy? Może, ale nie jestem magomedykiem i nie wiem, co ci dolega. A wydaje mi się, że to coś poważnego. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.
- Jesteś chory – stwierdzam bez wątpienia, kątem oka obserwując Amandine i Raptakisa, którzy najwidoczniej wdali się w jakąś pogawędkę. Nie przywiązywałem jednak do ich słów większej wagi, skupiając się tylko na moim przyjacielu. – Nie powinno cię tu być w takim stanie, mogłeś zostać w zamku. Niewiele byś stracił, sam widzisz, co tutaj się wyprawia – dodaję po chwili namysłu, widząc jak Lágon pociera się po twarzy, przez co wydaje mi się przez moment, że chyba jest trochę lepiej. Nie wiem jednak, czy powinienem teraz zabrać cię do dormitorium, czy wezwać jakąś pomoc. Cóż, połączenie Jukanpoiki i tegorocznych obchodów coraz bardziej zaczynało przypominać stypę, a mnie z minuty na minuty coraz bardziej zaczynało się to nie podobać. Co tu się, na Odyna, dzieje! – Amandine, widziałaś może tutaj gdzieś dzisiaj pielęgniarkę? – pytam, odwracając się przez ramię w kierunku Løvenskiold.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Inari, Finlandia
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : ubogi

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Czw Lip 23, 2015 5:31 pm

Problemy? Ze mną? Błagam, ja mogę zacząć być problematyczny, nikt jak nie ty nie wie o tym lepiej. Może ktoś kiedyś wiedział, może ktoś inny był świadkiem, ale jak żałośnie by to nie brzmiało, Anton, teraz mam tylko ciebie.
- Jakżeby mogło mnie tu zabraknąć, przyjacielu, przecież ubóstwiam tłoczne i gwarne szkolne przedsięwzięcia. - Bardzo staram się brzmieć jak normalny ja, zdrowy na duszy i umyśle na tyle, na ile zawsze byłem zdrowy, jednak pauzy między słowami zdradzają zbyt łatwo jak ciężko przychodzi mi zbudować zdanie. Myślisz, że nie powinno mnie tu być? Dlaczego niby. Wpasowuję się idealnie w klimat tej żałosnej imprezy. Nikt mnie nie przekona, że jest inaczej, ja wiem, że to stypa, ty wiesz, że to stypa. Straciliśmy zbyt wielu, nawet jeśli nie pamiętam ich nazwisk, nawet jeśli nigdy mnie nie obchodzili to cień ich spojrzeń przecież towarzyszył mi na korytarzach. Czy jestem aż tak popierdolony, że cierpię na brak widowni? Bogowie, niewystarczająca ilość atencji w codziennym życiu sprawia, że umieram? Nawet nie chcę udawać, że próbuję rozpatrywać czy to prawda. Mimo to, nie oszukujmy się, getto zebrało swoje żniwo. Żałosna zabawa w bogów, cholerny Sabat i jego pierdolone kompleksy.
- Pielęgniarkę, bogowie, Hukkelberg, odpuść mi... - wzdycham, pocierając kark. A może to i lepiej, że wyszedłem, jakoś tak lżej na ramionach, może to świeże powietrze, a może to uczucie jakby się żegnał powoli z... Jakbym się żegnał z... Nawet przez myśl nie mogę tego przecisnąć. Pierdolę.
- Napijmy się - mówię w końcu, siląc się na uśmiech. Nie chcę widzieć troski na twojej twarzy, bo wiem, że jest autentyczna. Jesteś jedynym człowiekiem, jakiego w życiu nazwałem przyjacielem i po tobie jednym mógłbym się spodziewać takiego poczucia odpowiedzialności. Wystarczy mi samemu, że czuję się jak gówno w skórzanym worku. - Albo zapalmy coś. - Przecież alkohol był dziś zabroniony, ale trzeba wybaczać, więc czemu nie? Gmeram więc po kieszeniach, coś powinienem mieć, zawsze przecież mam.
Powrót do góry Go down
avatar

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Sandnessjøen, Norwegia
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : wampir
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Czw Lip 23, 2015 7:09 pm

A gdyby tak po prostu wstać i odejść, zrzucić eleganckie buty, wyjąć wpiętą we włosy, białą różę, zostawić cały ten cyrk za sobą i po prostu odejść w noc - tę swoją, lepiej znaną, pozbawioną sztucznych póz i wymiany nic nie znaczących słów?
Rozważała tę możliwość bardzo poważnie. Upijając kolejny łyk wina (to już chyba druga lampka, chociaż nie bardzo wiedziała, kiedy uzupełniła sobie opróżniony wcześniej kieliszek), nieobecnym spojrzeniem prześlizgując się po zebranych, ignorując Nikolasa czy zerkając na Antoniego - w każdej chwili brała pod uwagę fakt, że to może być bez sensu. Bo i po co miała tu być? Po co miała siedzieć za suto zastawionym stołem, popijać alkohol bez smaku i bawić się w towarzyskie gry? Do czego miało to doprowadzić?
Nie zdążyła jednak przedsięwziąć nic konkretnego. Zatrzymał ją głos Hukkelberga i nawet, jeśli przed momentem miała jeszcze okazję do eleganckiej zmiany planów na wieczór, teraz szansa ta prysła jak mydlana bańka. Już nie wypadało.
- Mijałam ją niedaleko ogniska, pewnie gdzieś się tu kręci - rzuciła w odpowiedzi na pytanie przyjaciela, jednocześnie spoglądając na tego, który podobno potrzebował ratunku. Lub nie potrzebował, bo żyw był nad podziw i zachował zdolność protestowania. Ostatecznie więc wzruszyła tylko ramionami, uznając temat za zamknięty. Lágon jeszcze nie umierał, alarm odwołany.
I dobrze, bo uwagi znów wymagał Nikolas. Trzy lampki i już? Naprawdę? A jednak zamglone spojrzenie było objawem aż nadto jej znanym. Raptakis w stanie był już nadto wskazującym, takie były fakty.
- Nawet nie jestem w stanie zliczyć, ilu - odpowiedziała mu niewzruszenie, choć jej słowa były prawdą. Zero. Do zera policzyć umiała, a właśnie w zerze mieściły się jej jakiekolwiek podboje. Że nikt by w to nie uwierzył? Cóż... Trudno? Amandine nigdy nie zajmowała się dementowaniem plotek. To byłaby strata czasu i sił. Potem parsknęła cicho, tym razem jednak z większą dozą... zaskoczenia? Niedowierzania?
Kto by pomyślał, że nietrzeźwy Nikolas nadaje się do życia w społeczeństwie.
- Mniej więcej - rzuciła w odpowiedzi. - Lepiej wykształceni i wychowani określają to wprawdzie inaczej, ale przecież nie będę cię zanudzać - dodała beztrosko, bawiąc się kołysanym w dłoni kieliszkiem.
Powrót do góry Go down
avatar
Pałkarz Verden

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Pireus, Grecja
Rok nauki : VII
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : mugolska
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   Nie Lip 26, 2015 4:09 pm

Podczas zeszłorocznych wakacji, kilka dni po moim powrocie z instytutu, spotkałem się z moimi najlepszymi znajomymi (nie, nie przyjaciółmi, ja takowych nie posiadam) i poszliśmy do najbardziej obleganego klubu w mieście. Typowa mugolska imprezownia, ciekawa odskocznia od przesyconej magią Skandynawii; światła, lasery, tancerki na rurach, DJ grający jakąś hałaśliwą i niezbyt taneczną muzykę. Siedzieliśmy w vipowskiej loży na piętrze, obserwując tłum młokosów, którzy pod wpływem nie tylko alkoholu uskuteczniali coś, co pewnie uważali za taniec. Tymczasem nasz stolik uginał się pod ciężarem drinków i butelek z przeróżnymi trunkami, za które oczywiście ja płaciłem. Jako, że była to moja pierwsza popijawa po prawie rocznej abstynencji w szkole, niewiele potrzebowałem aby doprowadzić się do stanu... bardzo nieeleganckiego. Obudziłem się w nieswoim łóżku, obok niewidzianego wcześniej faceta, z koszmarnym bólem głowy. Po cichym wyjściu z obcego mieszkania udałem się spotkać z wczorajszym towarzystwem. Dowiedziałem się, że sam zaproponowałem tajemniczemu nieznajomemu wyjście z klubu, pomimo wyraźnego ich sprzeciwu, a przez cały wieczór gadałem od rzeczy o jakichś czarach i dziwnej szkole, do której uczęszczam. Oczywiście na drugi dzień wszystkiemu zaprzeczyłem śmiejąc się z własnych słów i utwierdzając znajomych w przekonaniu, że był to jedynie pijacki bełkot.
Ta noc przypominała to co dzieje się ze mną teraz. Co mi się stało, pomyliłem zaklęcia? Pięć kieliszków wina i już pozamiatany? Szum w głowie przerodził się w prawdziwy sztorm, żołądek podchodzi mi do gardła niebezpiecznie wysoko, dykcja gorsza niż u dwuletniego dziecka. Patrzę się na Amandine i to co do mnie mówi trafia do mnie z lekkim opóźnieniem. Ma bardzo ładne włosy.
- Ty, zandzać? Nie przsadzj - sam nie wiem czemu mówię tak niewyraźnie. Pochylam się nad stołem aby nałożyć sobie szarlotki, jednak niebezpiecznie mną zarzuca w bok i rezygnuję z tego pomysłu. Ręka wyciągnięta w stronę ogromnego talerza z ciastami opada mi bezwiednie w połowie drogi, głowa zrezygnowana zwisa mi w dół. Co się ze mną dzieje do cholery?
- Amy czemu ty jeseś tka trzźwa? - naprawdę staram się mówić poprawnie, ale nie wychodzi. - Chba za mao wypiaś, czekj naleje nam kieliszka.


Ostatnio zmieniony przez Nikolas Raptakis dnia Nie Lip 26, 2015 11:51 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down


PisanieTemat: Re: Polana św. Walpurgii   

Powrót do góry Go down
 

Polana św. Walpurgii

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

 Similar topics

-
» Polana nad strumieniem

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Instytut Dahlvald :: Tereny Dahlvaldu :: Lasy Północne :: Noc Walpurgii-