Balkony

PisanieTemat: Balkony   Nie Gru 28, 2014 2:57 am

Balkony
Ochronę przed niespodziewanym deszczem zapewnia baldachim, natomiast upadek hamuje wystawna barierka z delikatnymi zdobieniami. Osoby z lękiem wysokości nie odnajdą na szkolnych balkonach zbawczego wytchnienia, gdyż obraz gór Bardal i morskich klifów może napawać przerażeniem i jednocześnie fascynacją. Z kolei miłośnika nocnych spacerów z pewnością oczaruje widok rozgwieżdżonego nieba i przyjemny szum fal, który koi skołatane serce.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Kandałaksza, ZSRR
Rok nauki : VI
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : wilkołak
Czystość krwi : nieznana
Status majątkowy : biedny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Pią Sty 09, 2015 3:21 pm

Noc jak każda inna, pomyślałby ktoś. Powietrze pachnące zimnem i wilgocią styczniowego wiatru. Z balkonów skalne masywy wyglądają czarująco, może nawet odrobinę niewinnie, więc sięga do nich swoimi za krótkimi rękoma, rozpościera palce i dotyka dokładnie trzech szczytów jednocześnie. Dotknąć szczytu. Życie metaforami musiałoby być zabawne, dotykała szczytów zawsze kiedy mogła, kiedy pod Murmańskiem polowała na dzikie kozy, bo było jej zimno i chciało jej się pić. Wejść na górę to nie wyzwanie, ale znaleźć jej szczyt na rozległej tego szczytu płaszczyźnie, wsłuchać się w bicie jej serca, wpleść palce w trawę, badawczo szukając i już, tu. Jak przycisk. Lubiła dotykać szczytów.
Wystawiona na wiatr nieduża dłoń szybko przemarzła nabierając szaro-różowego odcienia, więc mrużąc oczy wcisnęła ją do kieszeni. Zimą trudno jej było wysiedzieć w zamku. Miała głębokie uczucie zażenowania i zniesmaczenia ludźmi, którzy ją otaczali. Zbyt wiele czasu w zbyt ciasnych pomieszczeniach z innymi osobami. Za duże natężenie odrażającego infantylizmu i zawstydzającej wręcz beztroski na metr kwadratowy. Na samą myśl przebiegły ją ciarki i zdrętwiały ręce.
Chwyciła się stalowego wspornika baldachimu, by wspiąć się na żeliwną barierkę i, między bogiem a prawdą, dopiero teraz poczuła, że jej serce bije.
Chybotliwie łapiąc równowagę na wąskiej poręczy patrzyła w czarne niebo. Spoglądała na białe góry, wciągała nosem łapczywie zimowe powietrze jakby chwytała już ostatni oddech i jednak miała pofrunąć niczym śniegowy płatek o burzy czarnych włosów tam w dół, rozprysnąć się jak kropla krwi na klifie. Dopiero otwierając szeroko oczy naprzeciw podmuchom, zaciskając palce w pięści, tańcząc niemalże na granicy życia czuła, że naprawdę żyje. I że tego parszywego życia, którego skrawek jej zostało nie należało traktować z ignorancją.
Rozpostarła ramiona i krzyknęła w ciemność. Krzyknęła tak, aż bolały ją zwyrodniałe płuca, krzyczała aż oczy zaszły jej łzami. Jakby chciała sobie i górom udowodnić, że wcale się nie boi. I wcale się nie bała. Chciała tylko więcej, chciała jedynie wszystkiego.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Sztokholm, Szwecja
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : za Neoasgardem
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Nie Mar 08, 2015 4:30 pm

Noc zmienia perspektywę. Uwydatnia piękno tego, czego inni tak bardzo się obawiają. W nocy jesteś spokojniejsza. Lubi cię taką. Wtedy łatwiej mu do ciebie trafić. Łatwiej cię rozgryźć. Z tym jednak się nie spieszy. Poznaje cię, kawałek po kawałku, słowo po słowie, niczym najbardziej fascynującą z ksiąg. Pozwala ci krzyczeć. Przez chwilę. Ledwie sekundy. Tonie w twoim krzyku, jakby był jego własnym. Stoi tuż za tobą już od dawna, nie wydając przy tym najmniejszego dźwięku, nie wykonując najdrobniejszego gestu. Nie chce ci przeszkadzać. Gdy jesteś sama, pokazujesz mu prawdziwą siebie. Dopiero, gdy echo twego krzyku niknie w mroźnym powietrzu, oplata ramieniem twoje szczupłe ciało. Ot tak, jakby nigdy nic. Obraca cię w swoją stronę, pozwalając, aby kocie oczy przeanalizowały każdy skrawek twojej twarzy, którą pamięta przecież tak dobrze, jakby upewniając się, iż nic się nie zmieniło. Chce na ciebie patrzeć. Widzieć to, jak lekko mrużyć oczy. Obserwować, jak z powodu lodowatego wiatru różowią się twoje policzki. Chce, by wasze oczy się spotkały. Uwielbia te momenty. Sprawia mu to jakąś trudną do określenia, wysoce nieprzyzwoitą przyjemność. Wiesz... Oni tego nie robią. Nieudolnie unikają wszystkiego, co z nim związane. Wycofują się, gdy przypadkiem trafią na niego w jednym z licznych korytarzy. Wstrzymują oddech, gdy przechodzi obok, jakby obawiając się, iż będzie on ich ostatnim. Przede wszystkim jednak nigdy, przenigdy nie patrzą mu w oczy. Ty byłaś inna. Już wtedy, gdy ujrzałaś go po raz pierwszy. Chyba nigdy Ci tego nie powiedział, ale nie był to przypadek. Zobaczyłaś go, bo CHCIAŁ, abyś to zrobiła. Chciał choć przez chwilę mieć całą ciebie. Bez granic. Oddaną do reszty. Wtedy jeszcze nie spodziewał się, że ty, Laire, staniesz się jego obsesją, jego mroczną inspiracją, jego grzeszną przyjemnością.
Podczas tych wszystkich bezsennych nocy, które z jakiegoś powodu postanowiłaś z nim dzielić powiedziałaś mu o sobie tak wiele. Z każdym twoim słowem zdawało mu się jednak, iż znał cię coraz mniej. Wciąż było mu mało. Pragnął więcej ciebie. Wszystkich tych słów, które nie mogły przejść ci przez gardło, myśli, od których uciekałaś w mrok. Tam witał cię zaś on. Witał niczym stary gospodarz, doskonale znający każdy zakamarek swego upiornego królestwa. Musiałaś tylko postąpić krok. Jeszcze jeden. Odrobinę bliżej. Chciał cię dotknąć, poczuć twój zapach. Poznać smak. Te wszystkie noce, godziny, podczas których w milczeniu wsłuchiwał się z łagodny ton twojego głosu, niosący ze sobą historie ze świata tak różniącego się od jego własnego, odbijały się echem w jego zszarganym umyśle. Słyszał je za każdym razem, gdy widział twoją twarz. Zawsze, gdy twoje imię padało gdzieś w tłumie. Należałaś do niego, choć przecież byłaś nieosiągalna. Nie mógł cię mieć, choć przecież zdobył cię już dawno. Tak wielu rzeczy nie wiedziałaś, a przecież starał się zdradzić ci je podczas tych krótkich momentów wolności, w swoich snach... Uciekłabyś? Przecież kochasz ryzyko. Pragniesz go tak samo, jak on. Tylko bowiem wtedy, gdy tańczysz na granicy życia i śmierci czujesz się prawdziwie wolna. On może cię uwolnić. Nie obawiaj się. Podejdź. Dotknij mroku. Rzuć się w otchłań szaleństwa. Czyż nie tego pragniesz?
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Kandałaksza, ZSRR
Rok nauki : VI
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : wilkołak
Czystość krwi : nieznana
Status majątkowy : biedny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Nie Mar 08, 2015 7:38 pm

No tak, ty wiesz jak polować, ty też jesteś drapieżnikiem. Niełatwo jest podejść Laire na otwartej przestrzeni, ale kto jak nie ty wie, że trzeba iść pod wiatr. Z wiatrem szybko by cię zwietrzyła, twoją ciężką wodę kolońską, ciemność chłodną i słodką, oplatającą twoje ciało. Jesteś zbyt charakterystyczny, żeby być niewidzialny, a jednak potrafisz tak doskonale znikać w ułamku chwili i pojawiać się wtedy kiedy chcesz. Tak jak chcesz. Abaddonie...
Pod twoim dotykiem drga jak struna, jak przyczajony gargulec nieprzygotowany na ten nagły gest. Pewnie spadłaby tam, w tę niekończącą się wieczorną ciemność w dole, tam gdzie szumią fale, tak właśnie osiągnęłaby finisz swojego poniekąd dość żałosnego życia. Tylko że wcale tak być nie może i nie będzie, przecież masz zbyt silne dłonie, za dobry refleks. Gdyby nawet chciała stąd wypaść pewnie w jakiś szalenie dziwny sposób wyrwałbyś ją ciemności, jakimiś niezwykłymi sposobami, swoją demoniczną mocą.
Wciąga powoli zapach nocy i zimnego powietrza obracając się zgrabnie, asekurowana, i spogląda w dół na twój profil. Niewzruszony jak zawsze, nie do rozgryzienia. Świdrujące spojrzenie i ani jeden, najmniejszy tik mimiczny. Kuca więc, tak aby mieć tę twoją wyrzeźbioną w białym marmurze twarz na wysokości oczu i obejmuje ją bez słowa w dłonie. Zagląda w te kocie oczy z zainteresowaniem, z tak bliska znów widzisz jak ułomny ma wzrok. Lewa siatkówka coraz gęściej pokrywa się siatką bladych, błękitnych żyłek. Już prawie nie ma w niej tej iskry życia co w prawej, prawie nic nie widzi. Mimo to przygląda się z uwagą, z bardzo bliska, trzyma twoje gładkie kości jarzmowe pewnym chwytem.
Jak postępowanie z dzikim zwierzęciem, miała przecież doświadczenie, jak zaklinanie koni, obłaskawianie gryfów, jak podchodzenie trytonów latem na plaży. Nie wolno okazywać słabości, dzika natura pogardza słabością, przetrwają tylko najsilniejsi i tylko z najsilniejszymi można trwać. Była najsilniejsza, mimo że była najsłabsza. Widziałeś ją i na zewnątrz i w środku, wiedziałeś, że ma te moce i nie ma żadnych mocy, potrafi i nie potrafi. Także i ty jesteś jej zagadką, dwunogą enigmą o długich palcach pianisty, pochyla się, niemal dotyka nosem twojego nosa, zagląda w oczy, przygląda się twojej skórze, wplata palce powoli w kruczoczarne włosy badając uważnie ich fakturę. Przejeżdża kciukami po skroniach, łukach brwiowych, gładzi delikatnie twoje powieki. Taki jesteś. Tak wyglądasz. Zmysły poznania nie ograniczały się przecież tylko do spojrzenia. Potrafiła rozpoznać twój zapach równie łatwo, co kształt twojego podbródka.
- Orion - powiedziała w końcu, powoli wypuszczając twoją głowę z dłoni i siadając ostatecznie na balustradzie. Trzy jasne gwiazdy dumnie świeciły dziś nad ich głowami. Orion, legendarny myśliwy zdolny upolować każde stworzenie stąpające po ziemi.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Sztokholm, Szwecja
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : za Neoasgardem
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Nie Mar 08, 2015 10:02 pm

Wiesz, legendy mówią, iż do powstania konstelacji Oriona przyczyniła się sama Artemida, że to właśnie ona, zmanipulowana przez Apolla pozbawiła nieszczęśnika życia. Podobno bardzo go kochała, a cierpienie po jego stracie sprawiło, iż światło księżyca stało się blade i zimne. Takie, jakim jawiło się do dzisiaj. Równie smutne i piękne. Jak ty. Ty również jesteś piękna, Laire, choć z pewnością nie słyszysz tego zbyt często. On także nigdy ci tego nie powiedział, prawda? Ty to jednak widzisz. W jego spojrzeniu. On chce, byś to widziała. Nawet jeśli jego twarz poza tym szczegółem nie zdradza nigdy niczego. Zachwycasz go w całej swojej niedoskonałości. Nie jak nastolatka, nie jak człowieka, ale jak obserwatora, dziką duszę, tak wrażliwą na wyjątkowość. Niezwykłość, którą wyczuwa się w każdym z twoich gestów, jeśli tylko potrafi się patrzeć. Jesteś wszystkim, czego mógłby od ciebie oczekiwać. Jesteś czymś więcej. Wiesz przecież, że kocha gwiazdy. Choć nie wiesz o nim wiele, tego możesz być pewna. Teraz jednak gwiazdy nie zajmują go nawet w najmniejszym stopniu. Prawdę mówiąc, zupełnie go nie obchodzą. Gdy jesteś obok, przegrywają z kretesem. W końcu to ty, nie one jesteś i będziesz obiektem jego badań i rozmyślań. To zaglądanie do twego umysłu stało się jego nawykiem, patrzenie w oczy nałogiem. Twoje oczy... Według ciebie twoja największa wada, czyż nie? Nie dla niego. Z innych siatka błękitnych żyłek, które coraz gęściej pokrywały powierzchnię twego oka uczyniłaby ofiarę. Jedną z tych, na które on polował od lat. Tych, którzy za jego sprawą oczy zamykali po raz ostatni.
Ty nie byłaś jednak jedną z nich. Byłaś ofiarą, ale i drapieżcą. Uciekałaś od życia, trzymając się go zarazem z całych sił. Może dlatego tak bardzo go fascynowałaś. Dlatego nadal żyłaś. Może z tego właśnie powodu pozwalał ci na więcej. Zbyt dużo? Możliwe. W takich chwilach nie miało to jednak znaczenia. Jest cierpliwy, zawsze był. Ma dużo czasu. Nawet jeśli śmierć zabierze go jutro, dziś ma go całe mnóstwo. Nieskończoność. Dotykasz go, a on nieruchomieje. Robisz to często, choć kiedyś zdawało się to zupełnie nieosiągalne. Przecież gdy mijacie się na korytarzach, nie muskasz go nawet skrawkiem szaty. Wtedy na to nie pozwala, teraz twoje drobne dłonie nie poznają granic. Nie musisz niczego o nim wiedzieć. Nie pytasz. Póki co wystarczy ci dotyk. Faktura jego skóry, kształt kości policzkowych. Kiedyś zaczniesz  pytać. On o tym wie. Ty zaś wiesz, iż na większość pytań nie będzie mógł ci odpowiedzieć. W przeciwnym razie musiałby cię zabić. Nie chce tego. Jesteś pierwszą osobą w jego życiu, której śmierci by nie zniósł. Przynajmniej do czasu rozwikłania twych tajemnic. Nie pytaj więc i nie pozwól mu wydrzeć z ciebie wszystkiego. W przeciwnym razie historia ta zakończy się tragedią. Niezwykle piękną katastrofą. Teraz jednak przedstawienie trwa, kurtyna jest w górze. Ty tańczysz, jak ci zagra, ale nie zdajesz sobie nawet sprawy jak wielką masz nad nim władzę. Wtedy, gdy pojawiasz się w jego snach.
- Przejdźmy się, Laire. - Abaddon nie prosi. Nigdy tego nie robi, choć wiesz, że nigdy by cię do niczego nie zmusił. Pokazuje ci drogę, ty decydujesz, czy nią podążyć. Oboje wiecie jednak jak to się skończy. Pewnych decyzji nie da się cofnąć. Pewnych słów zapomnieć. Myśli wymazać. Nosicie na sobie piętno. Piętno, które nie pozwoli wam o sobie zapomnieć. Nawet wtedy, gdy jedno z was będzie musiało kiedyś zginąć.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Kandałaksza, ZSRR
Rok nauki : VI
Wiek : 17 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : wilkołak
Czystość krwi : nieznana
Status majątkowy : biedny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Pon Mar 09, 2015 10:15 am

Jest badaczem. Jest naukowcem, odkrywcą, szalonym alchemikiem. Wychowana przez gwiżdżący w polu wiatr i trzepot swoich skrzydeł nocą nie nauczyła się nigdy, co to znaczy granice przyzwoitości. Dobrego wychowania. Nigdy nie martwiła się, kapiąc z gołą dupą w rzece, że ktoś ją zobaczy, nigdy nie krępowało jej spanie z innymi dzieciakami w parny letni dzień w jednej, chłodnej ziemiance. Może łamanie personalnych granic w tym świecie było niezręczne, pewnie w twoim eleganckim uniwersum wręcz nie do pomyślenia - w jej głowie jednak wygrywał zawsze ten, który odważniej podchodził pierwszy. Nie można się cofnąć przed chimerą w lesie, bo rzuci się za tobą w pościg, dzikie zwierzęta wyczuwają strach, czy ona kiedyś jeszcze się bała? Brak poszanowania swojego uciekającego życia chyba wyparł z niej wszystkie słuszne odruchy, takie jak troska o własne zdrowie czy przyszłość, a jednak jesteś teraz jeszcze ty. To zbyt wiele dla jej rozumu dzikusa, nie są to znane uczucia, ale od jakiegoś czasu wcale nie tak prędko jej umierać. Ma przecież tyle jeszcze do odkrycia, tyle do zbadania.
Przekrzywiła głowę, widząc jak bierzesz wdech, aby coś powiedzieć. Tak, twój zapach, spojrzenie, twoje proporcje to jedno, ale głos...
- Dokąd chcesz iść, książę? - mówi spokojnie, ześlizgując się z barierki jak wąż. Gdyby mogła oplotłaby się gdzieś wokół twoich ramion. Wczepiła korzeniami blisko twojej głowy, wgryzła kłami blisko serca. Jesteś bardzo interesujący, panie Skarsgård, niezwykle. Pewnie pamiętasz ten dzień inaczej, ale Laire dokładnie wie, kiedy widziała cię po raz pierwszy. Pamięta krzyk, który przełknęła bezgłośnie, a który chciał jej się wydrzeć z płuc. Wzbudziłeś niepokój, jak huk na polanie wzbudza uwagę saren strzygących uszami; pierwsze skojarzenie, dudniące serce, zmrużone oczy, pozycja gotowa do obrony. Była przekonana, że to Коще́й Бессме́ртный, nieśmiertelny kościej przyszedł po nią, za nią aż z Kandałakszy. Ruski demon, który nawiedzał ją w nocy, który dusił ją w ciemnościach śmiejąc i szeptał o tym, że już niedługo zimne macki śmierci wycisną z niej życie. Nie była zbyt daleko od prawdy, czyż nie? Nie da się przeoczyć w twoim spojrzeniu, że dobrze wiesz, czym jest śmierć.
- Taki oszczędny w słowach. Taki oszczędny w gestach... - szepcze spokojnie, dokładnie obrysowując wzrokiem twoją figurę, wyciągając dłoń w stronę twojego ramienia, zdawkowo gładząc krawędź twojej szaty. Jak coś niezwykle cennego, jak coś niezwykle kruchego, jakbyś był ulotny, ale przecież taki nie jesteś. Teraz wie, że o ile prawdą jest, że jesteś demonem Laire, to jednak nie z Kandałakszy. Jesteś tak naprawdę prywatnym demonem jej głowy. Czasem wydaje się jej nawet, że sobie ciebie wymyśliła, odrealnionego, zaprogramowała swoją podświadomość w kreowanie twojej postaci, w odpowiednich chwilach system materializuje cię gdzieś w pobliżu. Niekiedy myśli, że kiedy podda się ostatecznie to właśnie do ciebie przyjdzie po łaskę śmierci. Tylko czy zechcesz jej wtedy pomóc? Tak jak pomagasz zawsze...

Abaddon i Laire z tematu
Powrót do góry Go down
Koło Wzajemnej Przyjaźni

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Minnesota, USA
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : Manôgemasiz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : zajmuję się gimbem

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Czw Lip 23, 2015 8:05 pm

Z jednej strony nie rozumiem, jak to wszystko mogło się zdarzyć, z drugiej pewna strasznie ciążąca myśl krąży mi po głowie. To prawda, nie mam żadnych sojuszników, ale to bardzo delikatne stwierdzenie. Jestem przecież jedną z najbardziej znienawidzonych osób w szkole, chociaż słowo daję, nigdy nie próbowałem komukolwiek zrobić krzywdy. Do niechęci przywykłem na tyle, że nawet przestałem ją zauważać. Ale Clairemina? Co ona musiała czuć, gdy musiała dreptać w moim cieniu i znosić te wszystkie spojrzenia?
Szukam kogoś, w kogo mógłbym wycelować wszystkie pretensje, dlaczego nikt mi nie powiedział, nie poinformował, skąd ja miałem to wszystko wiedzieć? W cholernej książce o nastolatkach nie było słowa na ten temat. Ale przecież wiem, wiem, że to ja od początku wszystko zrujnowałem, popełniłem błąd w chwili, gdy podpisałem się pod zobowiązaniem do podjęcia opieki nad Claireminą. Nazywam się przecież Yumawikvayatawa Yahto, wierny towarzysz kojota, który wiecznie niszczy, niszczy, niszczy, a ja chciałem jej zbudować stabilną przyszłość?
Wychodzę na balkon, otwierając zamaszyście drzwi, nie przeszkadza mi to, że uderzają z siłą o ścianę. Opieram się o balustradę i pochylam się w dół, naprawdę mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. Nie tak to miało wyglądać.
Coletti?
Byłem przekonany, że został w jadalni, ale szedłem jak we mgle, nawet nie pamiętam mijanych twarzy.
Powinienem mu odpowiedzieć? Przecież to po części jego wina.
Nie, Yumawikvayatawo, nie.
- Ja... naprawię to wszystko - stwierdzam tylko, zerkając na niego, ale zaraz uciekam wzrokiem w bok.
Powrót do góry Go down
Komitet Uczniowski

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Palermo, Włochy
Rok nauki : VIII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : jasnowidz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Czw Lip 23, 2015 10:13 pm

Zamykam za tobą drzwi. Cicho, nie traktując ich, jak pojemnik na nadmiar negatywnej energii. Poza tym. Ja jej w sobie nie mam. Ileż musi w twojej głowie siedzieć, chyba zależy ci na tej małej bardziej, niż się to może wydawać? Czy może chodzi o to, że nie jesteś jednak tak perfekcyjny? A może nie jesteś wcale taki nieczuły jak ci się wydawało? To tylko moje domysły, być może idiotyczne, ale wypełniam nimi głowę, dopóki nie poznam prawdy. Ludzie zawsze tak robią, czyż nie? Snują teorie. Staję całkiem niedaleko, opierając się tyłem o balustradę, zerkam przez ramię w dół, minimalnie wychylając się do tyłu. Bezgłośnie bębnię palcami w kamienną barierkę. Ot, po prostu, seria nic niewnoszących gestów. A potem spoglądam na ciebie, trochę dłuższym spojrzeniem niż te, którym mnie obdarzyłeś. Jak? Jak chcesz to naprawić, Yahto? Nie staniesz się z dnia na dzień promykiem, uwielbianym przez całą szkołę. Ludzie ci nie wybaczą, jej też nie. A nawet nie jest winna. Clairemina to larwa, nie poradzi sobie z odnowieniem kontaktu z wszystkimi tymi ludźmi. A z drugiej strony, czemu taka jest? Znam jej historię, chyba niewielu ludzi jej nie zna, nawet tylko w zarysie, powinna być wyzwolona i stanowcza, smakować życie w pełni, tymczasem jest. Jest. Jaka jest. Ale czuję, że jeszcze swoje przez nią przejdziesz. To chyba cicha woda, co?
Mury są zimne i wilgotne. Podziwiam widok w oddali, dając ci czas. Na siebie, na oddech, na słowo, na spokojny żołądek, na ripostę być może. Co tylko chcesz. Takie przyjemne powietrze. Powinienem czuć się nie na miejscu. Z samym sobą niewygodnie. Tymczasem jestem po prostu. Nie wiem. Jestem. Spokojnie jestem.
Powrót do góry Go down
Koło Wzajemnej Przyjaźni

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Minnesota, USA
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : Manôgemasiz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : zajmuję się gimbem

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Pią Lip 24, 2015 11:16 am

Nie wiem, po co tu jesteś Coletti, ale cieszę się, że przynajmniej milczysz. Chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że muszę przemyśleć parę spraw.
To nie jest miła konkluzja, ale jedyna, do której mogę w tym momencie dojść.
Coś jest bardzo nie tak z Yumawikvayatawą Yahto.
Uwierzysz, że - prawdę mówiąc - wiedziałem to już wcześniej? A może tylko podejrzewałem. To chyba świadczy o pewnych brakach, gdy zaczynasz darzyć kogoś sympatią, ale nie jesteś w stanie przebić się przez mur chłodnej rezerwy. Kiedy ktoś, kto może ci imponuje, wkrótce zaczyna cię nienawidzić. A ty, Coletti? Powiedziałeś, że byłeś mną zainteresowany, a jednak wciąż tu jesteś. Nie mam specjalnie przyjemnego usposobienia, to, że stoisz tutaj, to jakiś akt osobliwego masochizmu? Kto wie, czy zaraz nie zechcesz wykorzystać tej chwili słabości, by powiedzieć coś w stylu "mogę ci pomóc, Yahto". Nawet nie wiem, czy bym przystał na tę propozycję, już szamoczę się jak mucha złapana w pajęczą sieć, nie mogę przymykać oczu i udawać, że nic się nie dzieje.
Chyba jesteś tego świadom, że to sięga dużo głębiej. A ta sprawa z Claireminą to tylko konsekwencja czegoś, co we mnie siedzi od bardzo dawna.
- Spadłeś kiedyś z sosny, Carlo? - wyrywa się ze mnie pytanie, tylko dlatego, że patrząc w dół nachodzi mnie myśl, by skoczyć. To tylko pierwsze piętro, nic nie powinno mi być. Po prostu chciałbym pójść na spacer, bez tej kompromitującej wędrówki przez szkolne korytarze i uczniów oglądających się za mną, zastanawiających się, co się stało, że Yuma Yahto wygląda, jakby po raz pierwszy zobaczył świat.
Wiesz Carlo, w wieku siedmiu lat spadłem z sosny. Już nawet nie pamiętam, co tam robiłem, pewnie którejś z moich sióstr sroka ukradła błyskotkę. A może sam ją rzuciłem między gałęzie i kazano mi ją przynieść z powrotem.
Powrót do góry Go down
Komitet Uczniowski

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Palermo, Włochy
Rok nauki : VIII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : jasnowidz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Pią Lip 24, 2015 1:46 pm

Zdążyłem odpłynąć całkiem daleko wgłąb tych gór, czających się między nimi uskoków stromych, kamiennych ścieżek pełnych zdradliwego żwiru. Lasy ciemne, oddychające swoim mrokiem, niedopuszczające do siebie słonecznych promieni, zachęcające tym nierozważnych romantyków. W takich miejscach mnóstwo jest niebezpiecznych demonów, śledzących swoimi niematerialnymi ślepiami każdy krok odwiedzającego. Zawsze je słyszałem. Od dziecka. Zawsze o nich wiedziałem. Nigdy nie pozwoliły mi upaść. Żyliśmy w symbiozie dopóki nie nauczyłem się jak wykorzystywać ten dar na własną korzyść.
Nie upadłem nigdy z sosny. Nie upadłem nigdy z żadnego innego drzewa, ze schodów, nawet z krawężnika. Z łóżka, z kanapy, tak, w trakcie snu, kiedy byłem bezbronny. To upadki, o których bardzo szybko zapominałem, nie wnosiły niczego do mojego życia, nie powiązałem ich nawet ze wspomnieniami na chwilę sprzed upadku. Dlaczego mnie o to pytasz? Odwracam głowę w twoim kierunku i przyglądam ci się. Uspokajasz się? Czy to był istotny upadek z sosny? Czy po prostu jedna z tych błahych rzeczy, które przychodzą ludziom do głowy w kryzysowych momentach. Zwierzasz się, czy grozisz mi.
- Nie - odpowiadam po prostu, nie siląc się na długą odpowiedź. Nie, Yumo, nigdy nie upadłem z sosny. Upadałem wiele razy w niekończącą się otchłań, ale chyba nie o to mnie pytasz. Chyba nie to cię interesuje. A ja tym bardziej nie chcę ci o tym opowiadać.
Powrót do góry Go down
Koło Wzajemnej Przyjaźni

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Minnesota, USA
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : Manôgemasiz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty
Zawód : zajmuję się gimbem

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Sob Lip 25, 2015 12:50 pm

- Dobrze, Carlo. To trochę boli. - Wzruszam ramionami, nie wiedząc, jak wybrnąć z tej niezręcznej rozmowy. Przecież wcale nie chciałem poruszać tego tematu. Gdybym chciał porozmawiać o swoich upadkach z drzew to pewnie wybrałbym na powierniczkę Lolę Okeke - ona nie uznałaby tego za zabawne.
Długo milczę, trochę zażenowany, trochę podejrzliwy w stosunku do zamiarów Colettiego. Nie wiem, czego chce, nie mam pojęcia, czy pomyliłem się do niego, czy to wielowymiarowa intryga i setka masek naraz. Kim ty w ogóle jesteś, Carlo Coletti? Nie tworzysz w myślach kamieni filozoficznych, nie roztrząsasz z czego składa się słońce, nie studiujesz schematów technicznych każdego urządzenia, jakie wpadnie ci w ręce, dlaczego więc zawsze jesteś krok przede mną? Co jest twoim atutem, intuicja, intelekt, jakaś tajemna wiedza, której nie dane mi było posiąść?
Najgorsze jest to, że nawet nie potrafię powiedzieć, czy chcę, byś tu był. Tylko stoisz, milczysz, odpowiadasz na pytania, równie dobrze mógłbyś zmienić się w gadającą kolumnę. Przymykam oczy, wiesz, wstyd mi trochę za moją emocjonalną reakcję. Chyba wszyscy przyzwyczaili się do wizerunku Yumawikvayatawy Yahto, osoby, która zamiast serca ma czarną dziurę. Cóż, dobra strona tej sytuacji jest taka, że mógłbyś powiedzieć cokolwiek; że płakałem szczerymi łzami, żałując za wszelkie zło, jakie wyrządziłem, ba, nawet jakbyś udokumentował to zdjęciami i zeznawać pod veritaserum, a nikt by ci w to nie uwierzył.
Odwracam się tyłem do balustrady i przez chwilę przyglądam się drzwiom prowadzącym na korytarz. Nie jest ci zimno, Coletti? Ze słonecznego Palermo prosto do mroźnej Skandynawii. Musisz być mistrzem aklimatyzacji.
Powrót do góry Go down
Komitet Uczniowski

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Palermo, Włochy
Rok nauki : VIII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Genetyka : jasnowidz
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Sob Lip 25, 2015 1:53 pm

Tak te przypuszczałem, to raczej rzecz dosyć oczywista, choć jakość upadku zależy od wysokości i podłoża, na które upadniemy. Nie rzucam jednak żadnej kąśliwej uwagi, po co, nie przyszedłem tutaj z tobą, aby się znęcać. W zasadzie nie wiedziałem po co, dopóki mnie nie olśniło. Czy raczej, ściemniło.
- Przepraszam - mruczę, nie patrząc na ciebie i odrywam się od balustrady idąc w kierunku do drzwi. Niech was szlag, niech was wszystkich szlag, powinienem się domyślić parę chwil temu, kiedy kusił mnie ten widok i wizja ciemnego lasu, już wtedy mogłem uciec, w bardziej kulturalny sposób. Zdążyłbym uśmiechnąć się i rozłożyć ręce, wyjść w stylu Colettiego, a nie jak spłoszony burak, choć teraz nie ma to znaczenia, teraz muszę znaleźć kryjówkę. Zamykam drzwi i mrugam kilkakrotnie, w końcu pocierając oczy dłonią. Nie jestem już pewny, czy na korytarzu ktoś jest, czy nie, bo mój opór słabnie, wiem, że sam muszę sobie wywalczyć trochę czasu, więc po prostu wsuwam się do pierwszego pomieszczenia na które natrafiam. To mnie wykańcza fizycznie, przeciąganie tej walki możliwie jak najdłużej, więc nie jestem w stanie nawet dojść do ławki, która znajduje się najbliżej mnie, łapię się jej blatu, ale nogi odmawiają mi posłuszeństwa, czuję jak oni zaciskają na nich swoje szponiaste dłonie, zatrzymując dopływ krwi. W momencie kiedy drętwieje mi reszta kończyn, po prostu się poddaję i nie czuję już chłodu posadzki ani szczerbatego blatu ławki pod moją dłonią.
Nigdy wcześniej tu nie byłem.

Charlie i Yumawikvayatawa z tematu
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Rochester, Alberta
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : ubogi

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Wto Sie 18, 2015 6:58 pm

Noc ma w sobie to błogosławieństwo, że wszędzie jest taka sama. Kiedy już schowają się wszystkie te obce twarze i ucichnie gwar, którego nie rozumiesz, nadchodzi błogosławiona ciemność i spokój ducha o który tak mu zawsze było trudno.
Na szczycie wieży, z nogami zwieszonymi w dół pomiędzy szczeblami barierki, z ramionami wciśniętymi między nie i głową opartą o niewzruszony metal - po prostu siedział. Z zamkniętymi oczami, oddychając powoli, przypominał jednego z kamiennych gargulców ozdabiających szkolne przybudówki.
Noc była zimna, nie miał jednak na sobie płaszcza. Mróz przypominał mu najlepsze chwile, święta w Kanadzie, kiedy matka odwiedzała go w Kolegium i tylko we dwójke jechali gdzieś na tydzień. Bez ciężaru nazwiska, bez ojca z jego surowym spojrzeniem, bez bordowych pręg na plecach i rozbitej skóry kłykci. Zimno było nadzwyczaj oczyszczające w każdym jego aspekcie, wymrażało bakterie myśli, które toczyły jego głowę i mało się okazać największym zbawieniem całej tej podróży do Skandynawii.
Daleko w dole szumiał czarny brzeg wody, rozbijającej się gniewnie o stromy klif. Wrzucił tam też i swój gniew, na chwilę chociaż zdejmując z siebie ten ciężar. Wisiał on jednak wytrwale na nitkach wspomnień gdzieś tam między ramionami, między nogami, przymocowany na stałe do serca w jego piersi. Powolne oddechy napełniały płuca zimnym powietrzem a wiatr gładził czule swoimi bezlitosnymi dłońmi jego pokaleczoną skórę i włosy. "To tylko chwila" mówiła "Tylko chwila, która dzieli teraz od wszystkiego co było i będzie. Naucz się ją znajdywać." Miał tę chwilę w dłoniach za każdym razem kiedy czesał jej złote włosy, miał tę chwilę w momencie powolnego, chrapliwego wdechu pomiędzy jednym a drugim batem ojca, które przyjmował bez słowa i z pokorą cielęcia. Miał tę chwile, kiedy atropina rozszerzała źrenice, kiedy kokaina tańczyła w żyłach przy ciężkim rytmie podziemnej muzyki, kiedy obce dłonie wędrowały po jego ciele, kiedy on wędrował nieznanymi ścieżkami cudzych ramion i ud. Wszystko zostało gdzieś w tyle, tak daleko, że patrząc na horyzont nawet nie mógł dojrzeć cienia tamtych dni.
Kolejny dzień tu, kolejny sukces, kolejne godziny przepełnione niezręcznością i walką, by za wszelką cenę nie poustawiać wszystkiego na swój sposób. Na siłę, łamiąc i wciskając każdego w jego własną ramę, taką, którą by zrozumiał nawet nie próbując rozumieć. System zero-jedynkowy okazał się być fatalny i zupełnie nie sprawdzał się wśród wysublimowanej młodzieży tej szkoły.
A Dylan? Czuł się zwyczajnie zagubiony w bezmiarze możliwości. Po raz pierwszy w życiu. Tak po prostu. Zagubiony.
Powrót do góry Go down
Komitet Uczniowski

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Oslo, Norwega
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Wto Sie 18, 2015 7:50 pm

To miał być udany wieczór, co Isoldo, miałaś sobie pójść na jedno do dziesięciu piw w jakiejś mugolskiej spelunie, gdzie grają słabego punka, dymu jest tak dużo, że nic nie widać dookoła a na dodatek szczypie w oczy i przegryza ubrania tak bardzo, że nawet pranie nie pomaga. Nie trzeba samemu sięgać po fajkę by nabawić się raka, ale z drugiej strony po co myśleć o raku kiedy ma się lat osiemnaście.
Kiedy ma się lat osiemnaście najlepiej wychodzi niemyślenie.
Akurat sięgałam za łóżko po ten kufer w których chowam przesiąknięte dymem ubrania kiedy ktoś przybiegł z krzykiem - Isolda ratuj świat. No dobra, uhm ok, wzruszam ramionami, poprawiam szlafrok (no co) i wychodzę ratować ten świat, a dokładniej podlotka który nam tutaj spadł zza oceanu i podobno, pełen myśli samobójczych, chce skakać z balkonu. Tak się złożyło, że wezwał mnie wczoraj do siebie dyrektor i pomiędzy pytaniem co u ojca (wszystko dobrze, jak na szalonego przywódcę sekty przystało) a uniżonymi pozdrowieniami dla rodziny (nie przekażę) poprosił mnie o to bym zajęła się nowym uczniem. Tak, poprosił. Nie kazał, bo gdzie tam mi cokolwiek kazać, ja jestem Isolda Verdneer, ja na pieprzonym jednorożcu wjadę w pierwszym rzędzie do Asgardu.
Tyle w kwestii normalnych ojców i jakiegoś zdrowego doświadczenia szkolnego, trudno traktować własną edukację w poważny sposób kiedy dyrektor kłania się tobie, nie na odwrót.
Po tym całym święcie Walpurgii i syfie związanym z próbą, jakby nie patrzeć, zabójstwa moich szkolnych znajomych najchętniej sama uciekłabym za jakiś ocean, najlepiej wszystkie i zaczęła nowe życie w Australii, z dala od tego całego propagandowego gówna, złości ojca czy komentarzy „pewnie o wszystkim wiedziałaś”. No jasne Lars, oczywiście, że o wszystkim wiedziałam, mój ojciec co niedziela przesyła mi swoje plany zawładnięcia nad światem a ja poprawiam w nich literówki. Wystawiłam mu tylko środkowy palec bo odpowiedź na taki zarzut nie była nawet warta kalorii spalonych na wypowiedzenie krótkiego „spierdalaj”. Australia musi być świetnym miejscem, tak sobie myślę. Wszystko chce cię zabić, otwierasz klapę od sedesu a tam czarna wdowa, zabawa gwarantowana dwadzieścia cztery na siedem. No i największa zaleta, bywają miejsca tak słabo zaludnione, że przez całe tygodnie nie uświadczy się drugiego człowieka.
Poważnie rozważam emigrację.
- Wiesz, że trzecioklasistki oskarżają cię o myśli samobójcze? - mój angielski nie jest doskonały, ale czegoś tam się nauczyłam w ciągu ostatnich kilku lat. Nie mogłam nie wiedzieć o czym śpiewa Curtis. Najlepiej wychodzi mi odmiana fuck przez wszystkie przypadki, taka ze mnie punkowa dusza - Z tej wysokości to co najwyżej połamałbyś kręgosłup - dodaje, chociaż jestem prawie pewna, że pomyliłam słowo kręgosłup z ananasem.
Możesz mi odpowiadać po norwesku, będziemy na sobie ćwiczyć obce języki, to dopiero przednia zabawa.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Rochester, Alberta
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : ubogi

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Wto Sie 18, 2015 8:23 pm

Przez chwilę dalej się nie rusza, powoli dopiero dociera do niego, że słyszy swój ojczysty język. Na wzmiankę o samobójstwie parska, aż mu barki podskakują i odrywa zmarznięte czoło od barierki by spojrzeć na Ciebie z dołu. A co Ty tu robisz koleżanko? Ładny szlafrok. Na prawdę, samobójstwo? Milcząc odwrócił się znów w stronę szczytu i majaczącego ciemną plamą w dole lasu. Samobójstwo. Złota dziewczyno, nie zdajesz sobie sprawy z tego jak daleko zaszedł przy samobójczych praktykach. Każdy kolejny dzień spędzony w jego własnym domu był igraniem ze zdrowiem i życiem. Myśli samobójcze? Może i miał jak był siedmiolatkiem, ale sama sugestia, że mógłby to teraz rozważać niezwykle go ucieszyła. Parsknął więc ponownie.
- Jak widzisz, nie jest to prawdą. - odpowiedział prostując i zginając zmarznięte palce, które powoli kostniały wystawione na wiatr.- Gdybym chciał się zabić... - zaczął cicho patrząc jakoś tak nostalgiczno-dramatycznie w przestrzeń- ...a nie chcę... - sprostował- ...na pewno bym nie próbował zacząć wszystkiego od nowa. - zagadkowa odpowiedź, jednak wypowiedziana z cichą nutą ulgi. Bardziej do siebie niż do Ciebie, ale skoro już tu jesteś to na pewno słyszysz co mówi. Nawet po cichu, nawet szeptem.
Odsuwa się więc lekko i ociężale wstaje, czując zesztywniałe mięśnie i przemarznięte stawy. Uśmiecha się lekko, to dobry ból, dobre mrowienie, krążenie wracało powoli do opuszków pokręconych rachitycznie palców, połamanych zbyt wiele razy by kiedykolwiek mógł zostać pianistą, przynosząc ze sobą pulsujące ciepło. Krew wracała do zakończeń nerwowych kłując tysiącem drobnych szpilek.
- Mówisz do mnie w normalnym języku.To... zaskakująco miłe. - kiwa głową rozcierając dłoń o dłoń by nie wyciągnąć do Ciebie skostniałej bryły lodu. Wypadałoby się przecież przedstawić i choć savoir vivre wymaga, by nie wyciągać ręki do kobiety o ile ona sama nie uczyni tego pierwsza to jednak szeroka dłoń zwraca się ku Tobie. Wnętrzem do góry. Na sinobiałej od chłodu skórze ciągnie się blado-perłowa linia gdzieś od serdecznego palca daleko za nadgarstek. Pamiątki na każdym centymetrze kwadratowym ciała.
- Dylan. Dlaczego przyszłaś mnie ratować? To... też zaskakująco miłe. - gdzieś po twarzy błądzi mu uśmieszek rozbawienia, choć z tyłu głowy budzi się z kriogenicznego snu stary, gorzki przyjaciel, który nazwałby Cię suką i wkładając mu w ręce noże pociąłby całą tę Twoją dobroduszność na plastry razem z Twoim pięknym szlafrokiem, zadbaną, gładką skórą i niecierpliwym spojrzeniem. Nie rozmawiajcie tak, zamknął już oczy spychając gniew gdzieś głębiej, jeszcze chwilę, był dziś taki zmęczony.
Powrót do góry Go down
Komitet Uczniowski

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Oslo, Norwega
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Sro Sie 19, 2015 4:24 pm

Nigdy nie posądzałam trzecioklasistek o posiadanie jakiegokolwiek rozsądku, nie mówiąc już o tym zdrowym. Po pierwsze sama byłam trzecioklasistką i chyba właśnie wtedy przefarbowałam swoje włosy na różowo (to raczej była czwarta klasa, ale na potrzeby opowieści niech zostanie ta trzecia), a po drugie to taka niezmienna, bezimienna grupa laleczek w strojach Madonny, rozsiewająca po korytarzu aurę głupoty. Są jak trochę nieudany antyczny chór w dramacie zwanym Dahlvald, zawsze na bieżąco ze szkolnymi ploteczkami, zawsze na bieżąco z tragediami wszystkich dookoła. Co z tego, że okazjonalnie zbyt bardzo ponosi je wyobraźnia?
- Zawsze mogłeś uznać, że zaczynanie wszystkiego do nowa jest zbyt męczące - wzruszam  ramionami, sama się trochę śmiejąc pod nosem. To by dopiero była ploteczka tysiąclecia, powtarzana potem przez całe pokolenia trzecioklasistek. Pojawił się jakiś nowy zza wielkiej wody po czym bach, dramatycznie rzucił się z balkonu. Na pierwszym piętrze. W końcu mógł mieć lęk wysokości! - Byłabym ostrożna z tym normalnym językiem. Wasza gramatyka ssie - ale za to macie fajne przekleństwa, tak sobie myślę, opierając o ścianę. I sama nie wiem czy to aż takie miłe  z mojej strony. Mnie to tam na rękę, od zeszłych wakacji nie miałam okazji sobie porozmawiać po angielsku, a jak się nie ćwiczy to się zapomina. Tak przynajmniej mawiają na mieście. Plus, nawet jak porobię głupie błędy to i tak mnie nie wyśmieje, bo fajnie, że w ogóle cokolwiek mówię w jego języku. Widzę, że chłopak trochę zestresowany, po co mu jeszcze bardziej utrudniać życie. Na dobrą sprawę, jak się nad tym zastanowić, to w trochę słabej jest sytuacji. Trzecioklasistki plotkują, że wywalili go z poprzedniej szkoły bo kogoś zabił, ani me, ani be po norwesku. A nawet jakby ten norweski znał trochę lepiej, to na szkolnym korytarzu usłyszy co najmniej pięć innych języków- Tak się składa, że zostałam twoim psim przewodnikiem. Gdyby jakimś cudem trzecioklasistki miały rację to słabo byłoby zbierać się z dziedzińca już pierwszego dnia - za tydzień to co innego, mogłabym się wtedy zasłonić różnicami nie do pogodzenia. Działa w przypadku pozwów rozwodowych, wydaje mi się, że zadziałałoby i tu - Isolda - przedstawiam się grzecznie, ściskając wyciągniętą dłoń, żaden ze mnie śledź. Daruje sobie nazwiska, lepiej mi w roli naiwnej kelnereczki, cześć jestem tylko Isolda, pewnie i tak z czasem się dowiesz co to znaczy Verdneer.
Podpowiedź - nic dobrego.
Może powinnam zachować się super głupio i skorzystać ze swojej pełnoletności by poznać jakiegoś motocyklistę w skórze i po dwóch godzinach znajomości wziąć z nim ślub. Potem mogę już go więcej nie spotkać, ale przynajmniej nazwisko będę mieć inne.
To co Dylan, masz jakąś skórę?
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Palermo, Włochy
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny
Zawód : ratuję mangozjebasaki

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Sro Sie 19, 2015 5:39 pm

Trzecioklasistki plotkują, że jakiś koleś chce skoczyć z balkonów. Nie zwracam na to uwagi, bo to te małe madonny, które zawsze plotkują. Czytam dalej. Ale one swoje i coraz głośniej. Po chwili już wiem, że do mnie to kierują. Nie jestem więc zdziwiona, kiedy napominają, że podobno Isolde Verdneer tam pobiegła. Zamykam swoją książkę i wstaję rzucając im nieprzychylne spojrzenie. Małe szmaty. Idę do pokoju, zostawiam książkę i biorę moją torbę skarbów. Wszystko, co przydaje się człowiekowi w tarapatach. Widzę, jak plotkary śledzą mnie wzrokiem, gdy wychodzę, pewnie za parę minut pójdą za mną, sprawdzić jak się ma sytuacja. Niosę torbę jak dzieciaka, zamiast powiesić ją po ludzku na ramieniu, bo jest obecnie zbyt ciężka, nie miałam okazji zrobić w niej porządku, a nie chcę się męczyć w drodze tutaj, zresztą, nigdy nie wiadomo, co zastanę. Zadnych krzyków, nikt nie biega, chyba nie ma tak źle, co? Trzecioklasistki zawsze ubarwiają historię. Wchodzę na balkon przyciskając torbę do piersi jedną ręką, aby mi się nie wyślizgnęła i zamykam za sobą cicho drzwi. Nie lubię trzasków. Ani innych głośnych dźwięków.
- Hej. - Rzucam od progu i podchodzę do dwójki. Oho, ciebie nie znam. Czy ty jesteś ten nowy? Świeży towar hamerykański? Czy to on, Isolde, to ten?
- Cze Izolda. - Kiwam najpierw na nią, potem na niego.- To co, skaczesz czy nie? - To żart oczywiście, a żarty, to w zasadzie jedyna rzecz, która przełamuje moją pokerową twarz. W razie gdybyś jednak chciał, nie krępuj się, mam tutaj torbę pełną medykamentów, tylko proszę mnie uprzedzić, żebym tego nie widziała i przyszła na gotowe. Nie lubię dram.
- Trzecioklasistki wisiały mi nad głową dopóki nie wstałam zmęczona ich plotkarskim jadem. - Wyjaśniam spoglądając na Isolde. No i co? Doprowadziłaś go już do porządku? Jednak nie jest tutaj tak źle? Mam nadzieję, że nie przerwałam w śmiertelnie poważnej rozmowie (hehe, śmiertelnie), ale jeśli tak, to zawsze istnieje cień szansy, że chłopak słabo zna norweski. A ja nie znam angielskiego. Ni w ząb. Umiem powiedzieć ‘pomidor’.
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : III
Skąd : Rochester, Alberta
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : ubogi

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Sro Sie 19, 2015 6:11 pm

- Zawsze jest męczące - zmrużył jedno oko - co nie znaczy, że nie chcę próbować. - uścisnął Twoją dłoń lekko, znacznie lżej niż Ty jego palce. Te ręce to narzędzia, pracy o której lepiej, żeby Ci nie opowiadał. Mimo ogromu pewności siebie jaki bez trudu po Tobie zauważa mógłby mieć szczere przekonanie, że w rzeczywistości wiesz i widziałaś dość niewiele. Może dlatego Gniew siedzi cicho, traktuje Cię pobłażliwie. Psi przewodnik, który lubi angielskie przekleństwa. Dżentelmen ucałowałby pewnie wierzch Twojej zgrabnej rączki, z jakimś szarmanckim westchnieniem, jednak cóż, Daytona nikt nigdy nie wychowywał. No, może trochę, może ojciec, ale tego wychowania lepiej nie uskuteczniać.
- Więc jest to nam obojgu w ręce, że postanowiłem dziś nie umierać. - duka po norwesku, po czym rozkłada bezradnie ramiona z miną "nie umiem" ale gdzieś w oczach czai się szczere "nie chcę umieć". Isoldo, daj spokój, ma skórę, jedną, wygarbowaną do miękkości, wyprawioną do ponownej twardości, wyjątkową, unikalną, ozdobioną oryginalnym wzorem przekleństw, zbieranych przez lata. Na prawdę chciałabyś ją przymierzyć? Nawet na motorze nie byłoby Ci w niej przyjemnie. To by była jednakowoż piękna historia, zataczająca koło. Córka, uciekająca przed ciężarem nazwiska w ramiona agresywnego szaleńca, który na przestrzeni lat zmienia jej życie w piekło na ziemi.
I miłość. Słodko-gorzka miłość, której żadne z nich nie może wypuścić z rąk. Tak rodzą się Dylani Daytoni, jak rodzą się małe Verdneerówny?
Jeden to liczba idealna, tak jak zero. Dwa to ciasno, ale wiesz, są momenty, w których nic nie działa bez dwóch. Później jest już liczba nieskończoności i wyników w równaniu, których obliczania nigdy się nie pamięta. Świadomie by nie wybrał trójki, być może dlatego kiedy na balkon wchodzi ktoś jeszcze wyraz twarzy Daytona transformuje się znów w minę opóźnionego umysłowo obcokrajowca, próbującego zrozumieć zwyczaje tubylców. Na kolejną sugestię o skakaniu już nie parska śmiechem, tylko przewraca oczami.
- Uwzięłyście się, czy co. Dzięki za troskę. - prosze, czasem udaje mu się trafić w poprawną składnię i odmianę słów w waszym ojczystym języku! No, przynajmniej jednej z Was. Spojrzenie drugiej kojarzy mu się z Florydą, z Miami i gorącym piaskiem. Marszczy więc brwi, bo chciałby dodać jeszcze coś niegrzecznego, ale nie jest pewien jak to ująć po norwesku. Wzrusza więc ramionami z cichym "fuck it". A Ty tam, co masz w swojej torbie. Prezenty? Czy poradnik dla samobójców, jak znaleźć dogodne miejsce zamachu, do którego nikt nie przybędzie Ci na odsiecz.
Powrót do góry Go down
Komitet Uczniowski

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Oslo, Norwega
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : bogaty

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Sro Sie 19, 2015 6:48 pm

- Mieliście w Longocośtam kurs filozofii? - pytam, bo przecież rolą psiego przewodnika jest poznanie swojego podopiecznego, żeby wiedzieć którą klatką schodową go prowadzić. I na które zajęcia, w którym rzędzie usadzić. Niektórzy wolą w pierwszym, inni w ostatnim, jest jeszcze grupka która lubi w środkowym po lewej, bo tam najprzewiewniej.
Nie będę się kłócić z tą opinią, bo nie wydaje mi się żebym wiedziała specjalnie wiele. Widzieć może widziałam trochę więcej, ale czy to sporo? Nie wiem. Zostałam wychowana pod kloszem. Pewnie wiele dziewczynek z dobrych domów może powiedzieć to samo, widzi się w tym momencie groźnego tatę który zabrania wychodzić z domu po zmroku, bo przecież gwałcą i mordują.
Ja, dopóty nie trafiłam do szkoły, nie mogłam wychodzić sama z domu nigdy, bo przecież w każdym momencie mógłby mnie porwać jakiś niewierny. Za to odkąd pamiętam brałam udział w większości spotkań Neoasów. Nie byłam dzieckiem tylko młodym dorosłym. Podobno sama doskonale wiedziałam co jest dla mnie najważniejsze - potrzebowałam jedynie przestrzeni. Chciałam jeść przez tydzień tylko i wyłącznie pianki pieczone nad ogniskiem? Przez cały tydzień pieczono dla mnie pianki nad ogniskiem. Miałam ochotę w środku zimy chodzić w krótkich spodenkach? Proszę bardzo, codziennie szykowano dla mnie krótkie spodenki. Fajnie, co? z jednej strony absolutnie żadnych granic i zakazów, z drugiej pięć godzin dziennie nauczania o Asgardzie i naszej roli w drodze powrotnej do należytego nam miejsca. Żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym.
Kiedy trafiłam do Dahlvaldu nie umiałam wiązać butów bo zawsze robiono to za mnie.
Mój mózg był wyprany i powiewał na wietrze jak satynowe gacie Waltera z Malverienu,
- Definitywnie na rękę - sorry Claudia, trochę jeszcze pogadam po angielsku. Jestem trochę zawiedziona tym norweskim ze strony Dylana, miałam już takie zabawne wyobrażenia w głowie, jak wspólnie nabijamy się z ludzi dookoła, ty grając wielkiego milczka, ja wszystko tłumacząc na opak - Jakbyś chciał się przejść do skrzydła szpitalnego by pogapić się na cycki pielęgniarki to lepszym pomysłem jest po prostu oberwać tłuczkiem - zawsze działa, jeszcze cukierka można dostać!
Jejku - a czy czeka na mnie w życiu co innego niż taka historia? Ucieczka w ramiona szaleńca z motorem i skórą? Jestem w końcu taka podatna na wszelkie indoktrynacje. Wielka miłość na dwóch kółkach i siniaki chowane za przeciwsłonecznymi okularami. Czego się nie zrobi dla zmiany nazwiska.
A małe Verdneerówny rodzą się, zapewne, z potrzeby. Żadnego w tym ogromnego uczucia, którego nie można wypuścić z rąk.
- Cze Coletti - witam się uprzejmie - Trzeba powiedzieć trzecioklasistką, że tutaj nikt nie będzie skakał. Może znajdą inny temat do podjarki - wzruszam ramionami, po czym wskazuję głową na twoją torbę.
Co tam masz?
Powrót do góry Go down

Umiejętności bojowe : II
Skąd : Palermo, Włochy
Rok nauki : VII
Wiek : 18 lat
Jestem : neutralny
Czystość krwi : czysta
Status majątkowy : majętny
Zawód : ratuję mangozjebasaki

Zobacz profil autora
PisanieTemat: Re: Balkony   Pią Sie 21, 2015 12:48 pm

Niech was szlag, anglojęzyczni, nic nie rozumiem. O ile dotychczas tylko chodził mi po głowie pomysł nauki tego języka, to teraz wiem na pewno, że muszę się go nauczyć. To chyba język przyszłości, a ja nie chcę być do tyłu w moim dorosłym życiu, tylko dlatego, że pochodzę z rodziny, która nie przywiązuje wagi do nauki języków obcych. Realizacja tego zadania będzie o tyle łatwiejsza, że mam już co najmniej cztery osoby, które mi w tym pomogą. O ile mogę liczyć nowego jako potencjalną pomoc. Albo może nie będę go liczyć. W końcu nie jego sprawa, pewnie i tak ma wiele na głowie. Tak. Skreślam pseudosamobójcę z listy. Zostaje mi Izolda, Klermina i Yahto. Fantastyczny skład, czuję, że daleko z nimi zajdę. Może jednak wyeliminuję też Izoldę? W końcu to nie jej ojczysty język. W odpowiednim momencie, kiedy już się wkręcę może będziemy mogły ponarzekać na gości jakiegoś pubu. I ona na pewno nauczy mnie przekleństw. Dobrze, Izoldę zostawiam na deser. Zostaje Brohl i Yahto. Nie wiem co lepsze. Co gorsze też nie. Nie jestem pewna ile wytrzymam z Claireminą na osobności, szczególnie, kiedy zacznie mnie uczyć jakiś pierdół typu wszystkie odmiany różowego i nazwy poszczególnych elementów garderoby damskiej. Nie wiem, czy to zniosę. Nie, nie zniosę jej. W grupie owszem, ale nie wyobrażam sobie naszej rozmowy w cztery oczy. Poważnie, o czym ja miałam z nią gadać? Nie, Brohl odpada. Zostaje mi Yahto. Yahto ma dziwny akcent. Ale zna angielski perfekt. I jest inteligentny. Na swój sposób. I na pewno nie rozpraszałby mnie pierdołami. Tylko nauka. Dobrze zatem, zapytam go. Jak tylko się upewnię, że faktycznie może mi poświęcić trochę czasu, niewykluczone, że jeszcze długo będzie miał za ciężką głowę, by zajmować się takimi pierdołami.
Hm? Wracam myślami na balkon. Trzecioklasistki? A, tak. Ale nie, ja im nie przekażę tych druzgocących wieści. Ledwo rozmawiam z moją niewielką ilością znajomych, co dopiero z szczypiorami, których imienia nawet nie znam. Jeszcze by mi nie daj boże odpowiedziały i nie mogłabym uciec od dyskusji. Jeśli nowy chce, to niech się tłumaczy, ale na jego miejscu spłynęłoby to po mnie jak po lateksie.
Wzruszam lekko ramionami, co ja mogę mieć w torbie, Izoldo? To, co zawsze. Medykamenty, brokat w pudełku po kremie i waniliową colę.
- Chcesz ją?
Powrót do góry Go down


PisanieTemat: Re: Balkony   

Powrót do góry Go down
 

Balkony

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Instytut Dahlvald :: Poziom pierwszy-